Recenzja | Psychedelica of the Black Butterfly


Lato tajemnic zaczęło się dla mnie później niż dla pozostałych, ale za to trafiłam na pogodę idealnie oddającą klimat gry. Szare lipcowe poranki, białe, wietrzne popołudnia i deszczowe wieczory to idealny czas, aby poznać historię jednego z najnowszych tytułów od Aksys Games, Psychedelica of the Black Butterfly. Warto było czekać te dwa miesiące.



Lato tajemnic to trzy świeżo wydane gry otome od Aksys Games, powiązane motywem przewodnim, czyli tytułową zagadką. Pierwszą produkcją otwierającą nieoficjalną trylogię jest Psychedelica of the Black Butterfly, wydana w kwietniu tego roku. O grze krótko wspominałam w przeglądzie lokalizacji na rok 2018, podkreślając, iż liczę na ciężki, ponury klimat i masę zwrotów fabularnych. Czy tytuł sprostał moim oczekiwaniom? Zapraszam do dalszej lektury.

Główna bohaterka budzi się w tajemniczej rezydencji, nie pamiętając, kim jest ani skąd się tu wzięła. Nie jest jednak sama; podczas eksploracji spotyka chłopaka będącego w podobnym położeniu co ona. Oboje zostają zaatakowani przez upiorną bestię, lecz od niechybnej śmierci ratuje ich zamaskowana postać. Para wkrótce poznaje kolejnych ocalałych i razem znajdują schronienie. W niedługim czasie z grupą kontaktuje się posłaniec, dziewczynka w masce królika, która przekazuje im krótką wiadomość od pana rezydencji: odnajdźcie wszystkie fragmenty kalejdoskopu. Bohaterowie, nie mając nic lepszego do roboty, wyruszają tropem tajemnicy domu, jak i swojej utraconej tożsamości.

Otworzywszy paczkę z grą, moją pierwszą reakcją był zachwyt nad przepiękną, kolorową okładką z tajemniczą parą bohaterów. Uśmiech jednak ustąpił miejsca rozczarowaniu w momencie bliższego zbadania pudełka. Otóż z dolnego prawego rogu na świat wygląda niepokojący biały kwadracik z napisem "T". Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że gra dla nastolatków może zaskoczyć dorosłą, poważną fabułą, dlatego tytuł powędrował na półkę z przeświadczeniem, iż "kiedyś  na pewno zagram". Minęły dwa miesiące, ukończyłam studia magisterskie i w ramach zasłużonego odpoczynku w końcu sięgnęłam po Psychedelikę. Pierwsze chwile w grze były bardzo wciągające, ale szybko dopadł mnie kryzys cierpliwości. Ogólnie czas spędzony w produkcji uważam za udany, jednakże tytuł ma kilka elementów, które zwyczajnie się nie sprawdziły.













Historia skupia się na szóstce nastolatków, którzy, pozbawieni wspomnień, budzą się w tajemniczej rezydencji. Chcąc opuścić swoje więzienie i odzyskać pamięć, bohaterowie przystają na niejasną propozycję pana domu: z każdym odnalezionym przez nich odłamkiem kalejdoskopu, przywrócony zostanie im fragment wspomnień, a po odnalezieniu ich wszystkich goście wrócą tam, skąd przybyli. Zadaniem gracza nie jest jednak zbieranie poszczególnych kawałków kalejdoskopu, a przeprowadzenie protagonistki, Beniyuri, przez meandry fabuły i rozwiązanie zagadki czyhającej na samym końcu. Tajemnica to zdecydowanie najmocniejszy element gry; powód, dla którego bohaterowie znaleźli się w tej, a nie innej sytuacji jest pomysłowy; może nie odkrywczy, ale na pewno niespodziewany. Karty odkrywane są powoli, budując stopniowo napięcie. W trakcie poszukiwań poszlak możemy mieć przebłyski, co lub kto stoi za utratą wspomnień, ale bez drobnych spoilerów raczej nie uda nam się rozwiązać zagadki przed bohaterami.

Ciekawi również konstrukcja świata, intencjonalnie, bądź przypadkowo (tego nigdy się nie dowiemy) nawiązująca do innej gry Otomate, Bad Apple Wars (aczkolwiek obie produkcje nie są ze sobą powiązane). W przeciwieństwie jednak do BAW, dziejącego się w szkole, rezydencja nie jest miejscem przyjaznym; po korytarzach snują się krwiożercze potwory oraz apatyczne zamaskowane postacie, a każdy kąt, nawet bezpiecznej ostoi, wypełniają tajemnicze czarne lub białe motyle. Sam budynek, choć zamknięty na cztery spusty, jest rozległy i przyjdzie nam przemierzać długie korytarze, wyposażone w pułapki gabinety oraz urokliwy ogród. Naszym "HUBem" jest swoisty saferoom, bezpieczna cześć rezydencji, do której z jakiegoś powodu nie zaglądają potwory. Małe mieszkanko zawiera wszystko, czego bohaterowie potrzebują do przetrwania, w tym osobne pokoje dla każdego ocalałego. Co ciekawe, sypialnie podpisane są nieznanymi imionami. Bohaterowie, pozbawieni swoich tożsamości, z braku lepszego pomysłu tymczasowo zaczynają się nimi tytułować.



Jak już wspominałam, Psychedelica of the Black Butterfly przedstawia poważniejszą historię, tę jednak doświadczymy najwcześniej na półmetku. Do tego czasu przyjdzie nam obserwować bohaterów, próbujących przeżyć w niegościnnym środowisku. Po odnalezieniu schronienia zagrożenie znika na dłużej, aby pozwolić drużynie bliżej się poznać. Ten element wypadłby bardzo dobrze, gdyby nie pośpiech; dialogów między postaciami jest naprawdę mało, ich relacje rozwijają się powoli, a wątki romantyczne praktycznie nie istnieją. Natomiast przemyślenia i tematy rozmów są zmyślne i interesujące. Naturalnie  wypadają również spięcia, niesnaski i wzajemne podnoszenie się na duchu. Gdzieś w połowie historii wydarzenia przyspieszają i zaczyna się robić klaustrofobicznie. Uzyskawszy nowe informacje, bohaterowie coraz bardziej pragną wydostać się z posiadłości. W tym momencie jednak na jaw wychodzi tajemnica, a nam, graczom, zaczynają opadać szczęki. Druga połowa historii oraz finał to mały majstersztyk; mistrzostwo narracji i niespodziewanych faktów. Zalecam przygotować sobie zawczasu paczkę chusteczek; niektórym może grozić powódź łez!

Naszą główną bohaterką jest Beniyuri, nastolatka z amnezją, która swoje tymczasowe imię pożycza od jednego z byłych mieszkańców schronienia. Dziewczyna nie jest postacią irytującą; jest rozgadana, charyzmatyczna, trochę nierozsądna i naiwna, ale za to skłonna do odważnych, wręcz bohaterskich czynów. Dodatkowo voice acting (tak, nasza protagonistka ma głos!) nadaje dynamizmu dialogom, co już samo w sobie sprawia, że kwestii bohaterki zwyczajnie chce się słuchać. Beniyuri trochę traci charakter, gdy daje się poznać w prawdziwym świecie, jednakże nadal intryguje ze względu na swoją motywację.


Towarzyszami Beniyuri jest piątka jej rówieśników spotkanych przypadkowo w rezydencji i, podobnie jak ona, pozbawionych wspomnień. Ponieważ gra jest w dużym stopniu liniowa, tj. nowe ścieżki odblokowywane są sukcesywnie, twórcy z góry narzucają pewną kolejność. Za pierwszym razem naszym wybrankiem zawsze będzie Kagiha, po nim natomiast, chcąc nie chcąc, musimy pozdobywać nieromantyczne zakończenia, aby rozegrać pozostałe ścieżki. Niestety, gra w żaden sposób nie podpowiada jak odblokować inne historie. Pierwszą myślą jest spędzanie każdej możliwej chwili z danym chłopakiem (i to się zgadza) oraz wybieranie odpowiednich opcji dialogowych (to również). Jednakże ważne są też decyzje mniej oczywiste i mające nikły wpływ na fabułę lub zawsze ten sam rezultat. Jakby tego było jeszcze mało, musimy odblokować i przeczytać krótkie historyjki z danym bohaterem, ale o tym później. Ja, grając bez poradnika, w pewnym momencie na amen się zacięłam: ukończywszy historię Monshiro oraz Karasuby, nijak nie mogłam odblokować ścieżki Yamato. Przechodziłam grę trzy razy, wybierając co rusz inne opcje i kiedy już wydawało mi się, że w końcu się udało, wyskakiwał mi finał Kagihy. Ostatecznie okazało się, że jedna, z pozoru nic nie znacząca opcja rujnowała wszystkie moje starania. Do dziś nie wiem jaka jest domyślna kolejność rozgrywki, moja natomiast wyglądała tak:


Kagiha | VA: Kosuke Toriumi

Bohater jest najstarszym członkiem grupy i głosem rozsądku. To niemal typ starszego brata: jest uprzejmy, dojrzały i zawsze  gotowy pomagać innym. Załagadza spory, podtrzymuje drużynę na duchu oraz zaraża optymizmem. Bohaterka jest dla niego kimś wyjątkowym i troszczy się o nią bardziej niż o pozostałych. Kagiha jest naszą pierwszą opcją, ale i naturalnym wyborem.

Kagiha jest postacią wzbudzającą największą sympatię i zaufanie ze względu za swój łagodny charakter i nieznikający uśmiech. Niestety, na przestrzeni historii rozwija się najmniej ze wszystkich. O ile w finale jego kreacja może zaskoczyć, tak nawet on sam wydaje się być pogubiony w swoim wątku. Końcowe zachowanie bohatera jest kuriozalne i nie ma za wiele sensu, natomiast okropny "coming out" rekompensuje tożsamość naszego gościa. Cieszę się, że Otomate zdecydowało się na tak odważny ruch, ale całość mogła wypaść o wiele lepiej.
















Monshiro | VA: Yoshitsugu Matsuoka

Tak ma na imię zamaskowany mężczyzna, który ratuje Beniyuri i Hikage na początku historii. W przeciwieństwie do pozostałych Monshiro jest weteranem; spędziwszy dni, miesiące lub lata w rezydencji, chłopak wie jak przetrwać w niegościnnym środowisku. Samotność jednak uczyniła z niego ekscentryka: bohater wysławia się pojedynczymi zdaniami i łasi się do bohaterki, gdy ta okazuje mu odrobinę ciepła. Podobnie jak inni apatyczni rezydenci, Monshiro nosi maskę, która całkowicie zakrywa mu twarz.

Historia Monshiro jest moją ulubioną, aczkolwiek sam chłopak nie jest moim faworytem. Z jednej strony jego zachowanie po czasie robi się nużące i przewidywalne, z drugiej jego tożsamość pozostaje bardzo długo sekretem i w idealnym momencie zostaje ujawniona. Podoba mi się również jego bliskość z bohaterką, a zarazem alienacja ze strony grupy. O ile zazwyczaj nie lubię stereotypowego przestawienia płci, tak tutaj to ma sens i czemuś służy - Monshiro, jako outsider, staje się częścią drużyny tylko dzięki kobiecej wrażliwości Beniyuri, co z kolei ma wielki wpływ na dalsze poczynania bohaterów. Kreacja i przeszłość Monshiro również mnie kupiły. Plot twist związany z tożsamością jak i zakończenie chłopaka są fantastyczne i chyba nie mogły już być lepiej zrealizowane. Gorzej wypada wątek romantyczny, który w ogóle mnie nie przekonuje - widząc parę razem, nie mogę się oprzeć  wrażeniu, że to w zasadzie dzieci, które tylko udają nastolatków. I tak, wiem, Monshiro jest w tym wypadku usprawiedliwiony, ale mimo wszystko ich związek mi się nie klei.
















Karasuba | VA: Tetsuya Kakihara

Karasuba jest pogodnym, szczerym chłopakiem, któremu usta nigdy się nie zamykają. Lubi rozbawiać i podburzać innych; jego nemezis i  ulubionym obiektem krytyki jest Yamato, z którym żyje jak pies z kotem. Bezwstydnie podrywa Beniuri, jednak jego starania o dziewczynę nie wydają się być poważne.

Bohater to zupełnie nie mój typ, więc planowałam zostawić go na koniec. Przez zawirowanie ze ścieżkami wyszło jednak inaczej. Tak jak przewidywałam, ani Karasuba, ani  jego historia nie wywarły na mnie większego wrażenia. Jego motywacja do uganiania się za Beniyuri była w miarę zrozumiała, ale narzucanie się biednej dziewczynie już nie. Ogólnie całość spłynęła po mnie jak po kaczce i niewiele z historii zostało w mojej pamięci.














Yamato | VA: Hosoya Yoshimasa

Podczas gdy pozostali bohaterowie nie pamiętają nic sprzed przybycia do rezydencji, Yamato podświadomie czuje, że tu nie należy i musi wracać. Bohater dąży do jak najszybszego rozwiązania zagadki, co odbija się na jego charakterze: jest oschły, szorstki, niedostępny i łatwo popada w gniew.

Yamato jest najciekawszą postacią w grze, przynajmniej w pierwszej połowie historii. Zimny i rozdrażniony, chłopak robi niemały zamęt w drużynie, cały czas drąc koty z Karasubą. Jego przynależność do grupy wisi na włosku i czuć, że bohater w każdej chwili może się wyłamać i podążyć własną drogą. Na sutek pewnych wydarzeń Yamato znika, by następnie powrócić nieco odmienionym. Niestety, po kapitalnym początku okazuje się, iż zmiana bohatera nie ma absolutnie znaczenia ani dla niego samego, ani dla fabuły. Śledząc historię chłopaka, miałam wrażenie, że twórcy nie mają na tę postać pomysłu. Zakończenie udanie spina jego losy, ale środek w zasadzie pozostaje pusty. Wielka szkoda, szczególnie iż czuć chemię między Yamato i bohaterką, także na jej podstawie można było zbudować naprawdę fajny wątek romantyczny.















Hikage | VA: Kaito Ishikawa

Ostatnim bohaterem jest Hikage, pierwsza spotkana przez protagonistkę osoba. Chłopak zdaje się być pyszałkowaty, wręcz arogancki, ale dzięki pewności siebie i stanowczości ma zadatki na dobrego przywódcę. Mimo otwartej niechęci i nieufności względem Beniyuri, zawsze spieszy jej z pomocą.

Mam olbrzymi problem z Hikage. Po pierwsze, jego mizoginistyczne wypowiedzi. Już samo to sprawiło, że odechciało mi się poznawać go bliżej. Stereotypowe traktowanie kobiet, nie tylko Beniyuri, ale całej płci, nie służy niczemu, nie ma przyczyny ani skutku. Jak Otomate już tak bardzo chciało mieć w swojej grze mizoginistycznego dupka, mogli zadbać o to, aby pogląd chłopaka ewoluował z czasem, np. po poznaniu bliżej Beniyuri bohater stwierdza, że "jednak dziewczyny nie są takie głupie". Ale nic w tej kwestii nie rusza nawet na chwilę. Co gorsze, twórcy chyba nie zauważyli, że Hikage w zasadzie ma dobry powód, aby nie cierpieć kobiet (jego macocha znęcała się nad nim), bo zwyczajnie nie połączyli jednego z drugim. Zamiast powiedzieć wprost, że chłopak nienawidzi, ewentualnie boi się, kobiet, stwierdzili, iż dobrym pomysłem będzie, stworzyć go tylko do nich uprzedzonym. Dlaczego ja, osoba, która przeszła jego wątek jednokrotnie, zauważam takie zależności, a twórcy, pracujący nad tytułem latami, nie?
Po drugie, kreacja Hikage woła o pomstę do nieba. Zachowanie chłopaka po wielkim plot twiście to żałosna kreskówka, parodia, karykatura szalonego złoczyńcy, w którą aż wierzyć się nie chce. Nawet motywacja bohatera ani zwieńczenie jego losu nie osładzają mojego niesmaku. Sam zabieg jet ciekawy i odważny, no i całuję Otomate po stopach, że zrobili nam psikusa i Hikage nie okazuje się być "głównym facetem", co nie zmienia jednak faktu, iż z wątku chłopaka wyszła jedna wielka kicha.
















Podsumowując, bohaterowie w porównaniu z innymi tytułami Otomate wypadają blado (jedyni godni uwagi to Monshiro i Yamato). Nie zapadają w pamięć również postacie poboczne, bo ich... zwyczajnie nie ma. Poza Usagi, wysłanniczką pana rezydencji, nie poznamy bliżej w zasadzie nikogo. Sama dziewczyna, nawet będąc ciekawą osobą z intrygującym historią, nie nadrabia niestety, braku w kadrze. Nie rozumiem dlaczego deweloperzy nie pociągnęli wątku rodziny głównej bohaterki, bo ten tylko mógłby ubogacić przeszłość Beniyuri.

Na plus natomiast wypadają kapitalne zakończenia. Na każdego bohatera przypadają dwa różne finały: jeden dobry i jeden zły. Podobnie jak w Period: Cube zakończenia są oryginalne, niebanalne i po prostu "wow". Dodatkowo, w grze znajduje się kilka nieromantycznych endingów, skupiających się głównie na protagonistce. Te, moim zdaniem wypadają najlepiej, gdyż sama przeszłość i otoczenie Beniyuri prezentują się arcyciekawie. Wśród wszystkich finałów wyróżnia się jeden słodko-gorzki, będący kanonicznym zwieńczeniem historii - true end jest cudowny, wzruszający i doskonale podsumowuje całą odbytą przygodę.

Co jak co, ale Psychedelica of the Black Butterfly ma pełne prawo do tytułowania się grą "inną niż wszystkie pozostałe". Chociaż już przy tworzeniu Period: Cube, Otomate zaczęło romansować z nowymi rozwiązaniami gameplayowymi, tak dopiero w Black Butterfly otrzymaliśmy świeży dla tego studia model rozgrywki. Zamiast liniowej historii otrzymujemy flowchart, swoiste drzewko z podziałem na rozdziały i sceny wraz z odgałęzieniami, które reprezentują nasze wybory. Grając po raz pierwszy, flowchart jest praktycznie bezużyteczny, lecz powracając do gry, można, bez rozpoczynania nowej rozgrywki lub wczytywania, jednym przyciskiem wskoczyć w dany moment historii.















Podobny twór pojawił się już w Period: Cube, tutaj jednakże flowchart ma drugą funkcję: rozgrywanie mini-scenek z udziałem bohaterów. Po każdym ukończonym rozdziale, gra narzuca nam przeczytanie kilku dodatkowych historii przedstawiających wybiórcze fragmenty wspomnień Beniyuri i chłopaków lub ich interakcje ze sobą. Brzmi ciekawie? Cóż, wcale tak nie jest... Pierwszym, największym problemem jest to, że scenki nie są opcjonalne i koniecznie trzeba je rozegrać, aby wrócić do głównej opowieści. Wybija to okropnie z rytmu, szczególnie, gdy rozdział kończy się cliff hangerem, a ty musisz czytać o tym, jak bohaterowie robią porządki... Po drugie, jakość samych historyjek jest różna. O ile fragmenty wspomnień wnoszą dużo do fabuły, a rozmowy protagonistki z poszczególnymi chłopakami wypełniają braki w ścieżkach, tak jest kilka scenek (i te zazwyczaj są najdłuższe), które nie reprezentują sobą nic (no, chyba, że ktoś jest fanem kolejnych kłótni Yamato i Karasuby lub wątpliwej jakości żartów). Po trzecie, historyjek jest naprawdę dużo, a wszystkie trzeba wpierw odblokować (o mini-gierce później). Po czwarte, system ten wprowadza niepotrzebny chaos. Aby odblokować kolejne ścieżki chłopaków, musimy nie tylko wybierać odpowiednie opcje dialogowe w głównej opowieści, ale i przeczytać dodatkowe sceny z nimi w rolach głównych. Twórcy jednakże nie pomyśleli, iż należałoby je posegregować, aby lista była przejrzysta. Nie, zamiast tego są porozrzucane po flowcharcie bez ładu i składu. Co gorsze, jeśli przegapisz chociaż jedną z nich, ścieżka chłopaka nie zaskoczy. Po piąte, ilość scenek potrzebnych do przeczytania z każdym rozdziałem się zwiększa. O ile na początku cztery jeszcze da się przeboleć, tak potem, sześć, dziewięć i więcej to zwyczajna mordęga. Podsumowując, flowchart sam w sobie nie jest złym wynalazkiem, ale wymóg rozgrywania dodatkowych scen między rozdziałami jest czystym sadyzmem.

Ostatnią cechą charakterystyczną Psychedelica of the Black Butterfly jest mini-gra Butterfly Hunt. Co jakiś czas naszej bohaterce przyjdzie zapolować na tajemnicze czarne motyle, które pilnują fragmentów kalejdoskopu. Naszym zadaniem jest zestrzelenie jak największej ilości celów, co przekłada się na punkty, które z kolei służą do odblokowywania dodatkowych historii. Gierka jest łatwa i całkiem przyjemna; nie wymaga od nas specjalnej zręczności, gdyż możemy zaznaczyć kilka celów i zestrzelić je wszystkie na raz. Podczas strzelania do motyli będzie nam towarzyszyć jeden z czwórki chłopaków, komentując nasze postępy. Niestety, bohaterowie ględzą jak katarynka, co bardziej frustruje niż pomaga. Kwestie wypowiadane przez nich nie są również tłumaczone.




Oprawa graficzna gry zachwyca kontrastem i nasyceniem kolorów. Niczym w kalejdoskopie znajdziemy tu całą paletę barw, której poszczególne kolory, jak w Amnesia; Memories, reprezentują bohaterowie. Piękne są również designy postaci; Beniyuri to chyba najoryginalniej wyglądająca protagonistka od Otomate (uwielbiam jej strój i włosy <3), a Monshiro intryguje, zachwyca i przeraża w jednym. Tła też są niczego sobie, aczkolwiek jest ich stosunkowo mało i większość to raczej wnętrza. Dźwięki i muzyka nieszczególnie wywarła na mnie wrażenie, za to głosy postaci, jak zawsze, są fenomenalne.


Kończąc tę już i tak długą recenzję, chciałabym jeszcze wspomnieć, iż produkcja ma całkiem sporo baboli. W tym wypadku nie są to błędy ortograficzne, a jakieś dziwne konstrukcje, które w korekcie najwyraźniej przeoczono. Jeden z bardziej hardcorowych przypadków (grafika została rozpikselowana, aby uniknąć spoilerów) poniżej:



Podsumowując, Psychedelica of the Black Butterfly to gra otome raczej średniej jakości. Produkcja broni się niebanalną, słodko-gorzką historią i niegłupimi zwrotami fabularnymi, ale nie uświadczymy tu, niestety, na dłuższą metę ciekawych i barwnych postaci. Gdyby nie Beniyuri, jej odwaga i charyzma, pewnie tylko odwlekałabym ukończenie gry. Męczy również flowchart, który, dla mnie, w ogóle się nie sprawdził. Nie żałuję zakupu tytułu w dniu premiery, nie polecam jednak innym kupna po cenie detalicznej.


***



Podobny obrazSzczegóły wydania:
Deweloper: Otomate
Wydawca: Idea Factory (JAP) | Aksys Games (ENG)
Data wydania: 29.01.2015  (JAP) | 27.04.2018 (ENG)
Gatunek: otome / visual novel
Platforma: PSV
Łączna liczba ścieżek: 5
Voice acting: tak
Animacje postaci: tak

Edycja pudełkowa: sklepy internetowe
Edycja cyfrowa: PSN