Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tablet. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tablet. Pokaż wszystkie posty

Recenzja | Love Magic 2


Kocham gry Hanabi za ich lekkość, humor i oryginalność, ale wśród ogranych przeze mnie tytułów tylko Love Magic zapisał się w moim sercu złotymi zgłoskami. Sezon pierwszy był fenomenalny; śmieszyły komiczne sytuacje, poruszały pełne napięcia sceny i smuciły te, który smucić miały. Prawdę mówiąc, nie spodziewałam się, że część druga utrzyma poziom poprzedniczki i faktycznie... go nie utrzymała... bo wręcz podniosła!


Gwoli przypomnienia, Love Magic to darmowa mobilna gra studia Hanabi opowiadająca o przygodach Derryth, nastolatki, która pewnego dnia dowiaduje się, że jest czarownicą. Dziewczyna wkracza do świata magii z kocim chowańcem, Minuetem, u boku oraz swoją pierwszą miłością na celowniku, wszakże czary to najlepszy sposób na zdobycie męskiego serca! Paris niestety szybko okazuje się być fatalnym wyborem dla początkującej wiedźmy - jakby nie patrzeć nasze ciacho to łowca czarownic! Gdyby tego było mało, chłopak odkrywa, że nowa użytkowniczka magii pojawiła się w mieście i szykuje podstęp, aby odkryć jej tożsamość! Czy może być jeszcze gorzej? Tak, gdy między tę dwójkę wkracza osoba trzecia.


 Recenzja pierwszego sezonu Love Magic



Sezon drugi bezpośrednio kontynuuje wydarzenia z części pierwszej: Derryth o włos uniknęła zdemaskowania, przez co podstęp Parisa spalił na panewce. Dziewczyna wraz z Minuetem wracają do domku babci, gdzie odkrywają kradzież rodzinnego grymuaru. Ale to tylko początek kłopotów naszego duetu... 

Sequel Love Magic posiada wszystko to, co poprzedniczka: lekkość w opowiadaniu historii, nieskomplikowaną fabułę, niebanalny humor, nieprzewidywalny scenariusz i fantastycznych bohaterów, dodając to tej, już genialnej, kombinacji garść autoparodii  i trudnych wyborów. Na Derryth czeka sporo decyzji, nie tylko związanych z dwoma chłopakami, ale też innymi osobami z jej otoczenia. Podziwiam Hanabi za to jak zręcznie manewruje historią, abyśmy zadbali nie tylko o naszego wybranka, ale też o pozostałych bliskich bohaterki.

Sama kradzież księgi czarów, choć z pozoru banalna, prowadzi do nieprzewidywalnych wydarzeń, które nie tylko rozpoczynają nowe wątki, ale i zamykają te jeszcze niedomknięte z sezonu pierwszego. Powracają znane już wcześniej postacie, ale tym razem z nowymi celami i motywacjami w życiu. Największą jednakże zmianę zaliczy nasze trio: Derryth, Minuet oraz Paris, których losy jeszcze mocniej się zacieśnią pod wpływem nieuniknionej konfrontacji z potężniejszym wrogiem. Jeżeli myślicie, że Minuet to nadal słodziak, a Paris to ciągle buc, na pewno mile się zaskoczycie. Sama kończąc sezon pierwszy, nigdy bym nie pomyślała, że to blondynek skradnie mi serce w kontynuacji, a nie stary poczciwy kocur.

Derryth jest jeszcze cudowniejsza niż w sezonie pierwszym; na początku historii dziewczyna dopiero raczkuje w dziedzinie magii i podejmuje lekkomyślne decyzje, kierując się nie dobrem ogółu, a własnymi zachciankami. Tutaj bohaterka jest już doroślejsza, pewniejsza siebie - zdecydowana pomagać w pierwszej kolejności swoim przyjaciołom, a jakby jeszcze było tego mało, jest badassem.

Zdawałoby się, że wraz z nową postawą Derryth produkcja traci na humorze, ale tak nie jest; faktycznie, pojawia się więcej scen dramatycznych i zmuszających do refleksji, ale to nadal stare dobre Love Magic z absurdalnym, niewymuszonym i niebanalnym humorem.

Chłopaki standardowo dają radę i nie idzie ich nie kochać, aczkolwiek fanki Minueta mogą się poczuć lekko rozczarowane. Prawdą jest, że sezon pierwszy trochę faworyzował naszego kociego towarzysza, który ze względu na osobowość, koneksje i pokrewny cel był naszym naturalnym pierwszym wyborem. Hanabi najwidoczniej zauważyło (lub taki był plan) ten dysonans pomiędzy popularnością obu panów, i tak w sezonie drugim to Paris ściąga na siebie całą uwagę. Nie oznacza to oczywiście, że Minueta jest mniej - obaj panowie dostali tyle samo czasu na ekranie oraz sekretów do wyjawienia, ale to historia Parisa obfituje w żar i emocje, podczas gdy relacja bohaterki z kocim chowańcem do końca pozostaje bardzo niejednoznaczna. Najlepiej to widać rozgrywając oba zakończenia - finał łowcy czarownic jest dłuższy, zabawniejszy i, przede wszystkim, obfitujący w płomienne uczucia, gdy ending kocura kończy się kameralnie i to zaraz po rozpoczęciu. Gdybym w drugim sezonie pałała tą samą miłością do Minueta co w części pierwszej, na pewno poczułabym się dotknięta zabiegiem twórców, ale, prawdę mówiąc, spłynęło to po mnie jak po kaczce, bo

#TeamParis

Innych nowości raczej nie doświadczymy, aczkolwiek Hanabi pobawiło się autoparodią w większym stopniu niż w sezonie poprzednim. Twórcy już nie tylko obśmiewają swoje poprzednie produkcje, ale i nabijają się z samego Love Magic oraz wewnętrznych opcji gry (np. brak przycisku skip). Pod tym względem najzabawniej wypada scena, w której Paris przedstawia bohaterce własnoręcznie stworzoną grę otome opowiadającą historię łudząco przypominającą odbyte przez nich przygody. O tytule już nawet nie wspomnę :)


W samej mechanice gry nie doświadczymy żadnych zmian. Grając, nadal trzeba pamiętać, że tytuł nie posiada opcji wczytania zapisu, a co za tym idzie, wszystkie podejmowane przez nas decyzje są permanentne. Wybory ponownie są podchwytliwe, ale intuicyjne. Rozczarowuje tylko finał, który cierpi na przypadłość Life is Strange - wszystkie nasze wcześniejsze wybory idą do kosza, a nasza ostateczna decyzja polega na wyborze jednego z chłopaków. W grach każdego innego studia byłby to zabieg niedopuszczalny, zważywszy jednak na mechaniki (czy raczej ich brak) tak charakterystyczne dla Hanabi, jestem w stanie im to wybaczyć.

Love Magic 2 to bardzo udana kontynuacja serii, która z miejsca skradła moje serce. Niestety, to już (najprawdopodobniej) koniec przygód Derryth i chłopaków, aczkolwiek widząc, jak wspaniałe sequele potrafi robić studio, nie omieszkam sprawdzić kolejnego sezonu Mystery Symbol.

* * *


Szczegóły wydania:
Deweloper/wydawca: Hanabi Media
Data wydania: 31 lipca 2017
Gatunek: otome / visual novel
Platforma: Android
Łączna liczba ścieżek: 2
Voice acting: brak
Animacje postaci: brak
Do kupienia na:
Wersja cyfrowa: Google Play


Recenzja | Lost Alice cz.1/3


Sama będąc Alicją, czuję naturalny pociąg do dzieł z moją imienniczką w roli głównej. Oglądałam filmy i bajki, grałam w gry, czytałam mangę od QuinRose, natomiast powieść Lewisa Carolla przeczytałam dość późno w moim życiu i możliwe, iż to dorosłość sprawiła, że książka nie do końca przypadła mi do gustu. Drugim tego powodem była Alicja, pozbawiona wyrazistego charakteru i, co ważniejsze, ludzkiej reakcji na dziwy mające miejsce przed jej oczami. NTT Solmare w swoim autorskim tytule na szczęście odbiega od oryginału i serwuje nam prawdziwą protagonistkę z krwi i kości.


Lost Alice to gra o Alicji, która Alicją wcale nie jest. Wbrew tytułowi, bohaterką  jest Zosia, Marysia, Hania i Józia - wszystko to ponieważ Alicja jest tylko symbolem, rolą, w którą niechętnie wciela się, i z którą nijako walczy wykreowana przez nas postać. Rozbieżności z oryginałem jest o wiele więcej, dlatego jeśli myślicie, że to na pewno "kolejna wtórna reinterpretacja Alicji i mogliby w końcu coś swojego wymyślić" (też tak myślałam na początku), polecam zapoznać się z niniejszym tekstem.

Bohaterka budzi się w tajemniczym pomieszczeniu z ogromnym lustrem, nie pamiętając kim jest ani jak tu trafiła. Spotkawszy po drodze w nieznane trzech, niepokojąco zainteresowanych jej osobą, mężczyzn, dowiaduje się, iż trafiła do Krainy Czarów - miejsca będącym nie tyle światem alternatywnym, co opowieścią wykreowaną przez jej autora. Każdemu z mieszkańców przypada jakaś rola, która jest zarówno ich sensem istnienia jak i jarzmem, a nasza protagonistka zostaje Alicją, postacią centralną opowieści, której przyszłe przygody mają napędzać wykreowany przez autora świat. Ten koncept jednakże nie spotyka się z uznaniem naszej bohaterki i postanawia ona w trybie ekspresowym opuścić Krainę Czarów. To jednak nie będzie łatwe; zarówno mieszkańcy jak i autor od dawna czekali na przybycie Alicji i nie zamierzają jej teraz stracić.

Lost Alice to darmowa (mikrotransakcje) autorska gra studia NTT Solmare, które przoduje na rynku mobilnych otome. W swojej ofercie zgromadzili już dziesiątki tytułów, których większość może się chlubić wysoką jakością wykonania oraz sprawiedliwymi zasadami gry. Niestety, jak to z grami na sprzęt mobilny bywa, Lost Alice i siostrzane produkcje wymagają od nas pewnych nakładów finansowych oraz czasowych, aby czerpać maksimum zabawy z rozgrywki. To nie Mystic Messenger, w którym płacimy klepsydrami tylko za nasze błędy (omijanie chatroomów) lub nową zawartość - tutaj wirtualną walutą będziemy szastać co chwilę i to za samo czytanie historii. Wszystko to, ponieważ Lost Alice (jak i prawie wszystkie gry od studia) posiadają tzw. system biletowy, o którym rozpisywałam się już przy okazji recenzji Lust in Terror Manor; do tematu jednak wrócę później, gdyż jest parę zmian, o których warto wspomnieć. Jednym ten system przypadnie do gustu, innym nie (sama za nim nie przepadam), niewątpliwie jednak tytuł warto sprawdzić, choćby ze względu na główną bohaterkę i świat wykreowany.

Kraina Czarów jest magicznym miejscem, nie mniej dziwnym od tego książkowego. Znajdziemy tutaj Szalonego Kapelusznika wraz z herbacianymi imprezkami, Królową Serc i jej karcianą gwardię, Kota z Cheshire o wyjątkowo atrakcyjnej ludzkiej aparycji...? No tak, na potrzeby gry otome postacie męskie dotąd w formie zwierzęcej (Kot, Marcowy Królik) otrzymały ludzkie sylwetki (jedynie Biały Królik pozostał futrzakiem, ale kto wie ( ͡° ͜ʖ ͡°)). Pozostałych mężczyzn z oczywistych względów odmłodzono i upiększono, nadając im w większości ciekawe i wyraziste charaktery. Pojawiają się również zupełnie nowe persony, nieposiadające odpowiedników na papierze, ale zerżnięte inspirowane dziełem QuinRose: Joker, Strażnik Czasu, As oraz autorskie twory studia: Król Szachów i tajemniczy jegomość z lustra. Jak na małą grę mobilną postaci jest naprawdę sporo, do tego wciąż dochodzą nowe, ponieważ produkcja jest nadal rozwijana (widać dobrze się sprzedaje).

Najważniejszą postacią w tytule jest oczywiście Alicja. Ale nie jest to zwyczajna bohaterka, bo tak charyzmatycznej i zaradnej protagonistki to ze świecą szukać! Nasza dziewuszka jest odważna, inteligentna, nieufna, uparta i dumna, co wcale nie odbiera jej zarazem typowego dziewczyńskiego charakteru. W scenach romantycznych wypada naturalnie, a zdarza się również, iż sama podejmuje inicjatywę. NTT Solmare mogłoby mentorować co niektórym studiom (tak, wskazuję na ciebie, Dogenzaka Lab) w tworzeniu inspirujących bohaterek.

Bohaterów, z którymi przyjdzie nam przeżyć indywidualne przygody jest na tę chwilę siedem, przy czym zapowiedziane są kolejne dwie. Historie dzielą się na trzy trylogie, każda skoncentrowana na innym motywie i postaciach. Wydane jako pierwsze ścieżki Luka, Kyle'a i Jokera tworzą trylogię Baśniopisarza (The Episode of Spinner of Tales); Owen, Sidd i Chronus to trylogia Strażnika Czasu (The Episode of Timekeeper) ; natomiast trylogię Serca (nie ma jeszcze oficjalnej nazwy) niedawno zapoczątkował Ace (kolejne dwie postacie w przygotowaniu). Z racji, iż wszystkie trzy historie mocno się od siebie różnią, oczywistym będzie ich oddzielne recenzowanie. W tym poście zatem chciałabym się skupić na wydanej jako pierwszej, i jako pierwszej przeze mnie ukończonej, trylogii Baśniopisarza.

W tej historii głównym zadaniem Alicji jest odzyskanie straconych przez bohaterkę wspomnień. W poszukiwaniach pomoże nam jeden z dostępnych kawalerów: Luke (Szalony Kapelusznik), Kyle (Kot z Cheshire) lub Joker. Ścieżki wszystkich panów są niestety zwodniczo podobne i zdecydowanie bardziej koncentrują się na relacji pary, niżeli wątku głównym. Mamy sporo zwiedzania, sporo dyskutowania, ale czuć, że na dłuższą metę donikąd to nie zmierza i jedynie w przypadku Kyle'a jest to zabieg całkowicie uzasadniony. Na plus natomiast można zanotować niepewne intencje co niektórych bohaterów - wszakże rezydenci Krainy Czarów sporo ryzykują, pomagając naszej protagonistce. Podsumowując, pierwsza trylogia jest przegadana i nie do końca przemyślana, wady te jednak można jej wybaczyć, choćby tylko ze względu na to, iż wyszła jako pierwsza.


Wrażenia z poszczególnych ścieżek (kolejność rozgrywki): 

 

Kyle, Kot z Cheshire
Zadaniem Kyle'a jako Kota z Cheshire jest wodzenie za nos Alicję, tak aby ta nigdy nie odzyskała swoich wspomnień ani nie odnalazła drogi do świata rzeczywistego. Ale jego "ofiarą" nie pada tylko Alicja; chłopak mami również gracza swoją uprzejmością i wątpliwą lojalnością, którą dość szybko bohaterce deklaruje. Kyle jest ekscentryczny i tajemniczy, a przyklejony do jego twarzy uśmiech wzbudza jedynie nieufność. Czy bohater, którego jarzmo jest najcięższe ze wszystkich może mieć dobre intencje?

Widać mam dobrego nosa do rysowanych facetów, gdyż to kolejny przypadek kiedy rozpoczynam grę ścieżką najlepszego bohatera. Kyle nie ma sobie równych wśród pierwszej trójki; jest to w zasadzie jedyna postać z zauważalną głębią i intrygującym, nieprzewidywalnym scenariuszem. Uwielbiam wielowymiarowych pseudo złoczyńców, do tego z tragiczną historią, dlatego Kyle jest moim zdecydowanym faworytem.

Joker
Joker już przy pierwszym spotkaniu wydaje się być typem spod ciemnej gwiazdy, co zresztą wkrótce zostaje potwierdzone przez innych mieszkańców Krainy Czarów. Jak się okazuje, chłopak jest przestępcą, do tego już raz ukaranym za pewną zbrodnię, stąd jego wyalienowanie i samotna tułaczka. Mimo, iż zdrowy rozsądek radzi szeroko omijać typa, zakazana wiedza posiadana przez niego może przydać się Alicji w ucieczce.

Powyższy opis może brzmieć zachęcająco, jednakże postać Jokera to tylko ładna wydmuszka. Początek zapowiada się bardzo ciekawie, sam chłopak wypada tajemniczo, ale szybko zauważamy, że Joker ani nie jest niebezpieczny, ani nie towarzyszy Alicji z czystej ciekawości (lub zaspokojeniu żądzy napawania się nieszczęściem innych). To po prostu typowy good guy, który czasami lubi się podroczyć i zgrywać twardziela. Dla mnie, zmarnowany potencjał.


Luke, Szalony Kapelusznik
Szalony Kapelusznik, inaczej chodzący katering, to trzecia spotkana przez Alicję postać, i jedyny kawaler, którego intencje od początku są dobre i szczere - chronić dziewczynę za wszelką cenę. Poza złotym sercem, stylem emo oraz upierdliwością w pozostałych ścieżkach chłopak nie charakteryzuje się zupełnie niczym i łatwo zapomnieć o jego egzystencji. Mi zdarzyło się tego uniknąć tylko dlatego, że ktoś musiał napisać ten tekst.

Przechodząc do meritum, Luke to (moim zdaniem) najgorsza postać w całej grze, wliczając wszystkich kawalerów. Gość jest tak nudny i nijaki, iż nie miałam siły czytać jego kwestii i od połowy opowieści śledziłam jedynie główne wydarzenia. Postać zrobiona kompletnie bez pomysłu, nie odznaczająca się niczym.


* * *


Postaci pobocznych jest w grze jak na lekarstwo ale te, które już istnieją nadrabiają braki designem i tajemniczą aurą. Najbardziej w oko rzucają się Królowa Serc z wiecznie zakrytą twarzą oraz Baśniopisarz, który w sercach mieszkańców wzbudza po równo strach i respekt. Reszta bohaterów pojawia się epizodycznie i nie gra większej roli w narracji, miło jednak widzieć, że Kraina Czarów nie jest światem pustym.



Każdy z kawalerów posiada po trzy zakończenia: szczęśliwe (destined love), normalne (promised future) i złe (heartbroken). Finał historii jest determinowany za sprawą naszych wyborów, co ciekawe jednak, nawet wypełniając pasek sympatii po brzegi, nadal możemy wybrać inny ending, niż ten najlepszy. Za każdorazowe przejście gry otrzymujemy pakiet wirtualnej waluty i przedmiotów (ilość i jakość w zależności od "trudności" zakończenia), co jest bardzo miłym gestem i wielką pomocą przy starcie kolejnej ścieżki. Warto jednak pamiętać, iż ze względu na system biletowy (o którym więcej za chwilę) w żaden sposób nie możemy wczytywać gry ani powracać do wcześniej przeczytanych momentów (wyjątkiem są króciutkie, opcjonalne sceny romantyczne, za które musimy zapłacić).


* * *

Mechanika gry


Lost Alice działa na zasadach free to play, jednak darmowa rozgrywka oznacza sporo wyrzeczeń. Co cztery godziny otrzymujemy jeden story ticket, dzięki któremu możemy przeczytać kawałek historii. Każda ścieżka składa się z trzynastu rozdziałów (i zakończenia), te natomiast dzielą się na części, zazwyczaj od siedmiu do jedenastu. Jeden ticket popycha fabułę do przodu o jedną "część", także zanim dobrniemy do finału mogą upłynąć tygodnie. Aby było jeszcze trudniej, maksymalna pula biletów wynosi pięć; gdy dobrniemy do tej liczby, nowe tickety przestaną się produkować. W przeciwieństwie do gier od Abracadabry, "nadprogramowych" biletów można mieć nieograniczoną ilość, a dostajemy je w ramach nagrody lub kupując je za gotówkę.

Gra posiada trzy typy waluty: lapis, wonda oraz power. Lapisy można zdobyć na trzy sposoby: kupując za kasę, wykonując codzienne misje  lub otrzymać w nagrodę. Służą one głównie do przebierania naszego awatara w ciuchy premium. Wondę, podobnie jak powyżej, jest używane do zakupu ubrań, te jednak ze względu na łatwość zdobywania waluty w minigrze, są gorszej jakości. Power przydaje się do odnowienia energii w minigrze.

Na pewnych etapach historii pojawią się checkpointy, których ukończenie pozwoli nam brnąć dalej. Są dwa rodzaje "misji": attitude oraz sugar checkpoint. Pierwszy typ polega na zakupie odpowiedniej kreacji i zaprezentowania się w niej bohaterowi Ciuchy do wyboru są zawsze dwa: jeden dla burżujów - ładniejszy dla oka i atrakcyjniejszy dla bohatera, ale do kupienia wyłącznie za lapisy oraz wersja dla plebsu - brzydszy pod każdym względem, lecz dostępny za wondę (złoto). Na dłuższą metę wybór nie ma absolutnie znaczenia, prócz tych kilku wypowiadanych przez danego chłopaka linijek, jednak droższe stroje dają więcej punktów, a im więcej punktów, tym łatwiej nam rozgrywać minigry.


Sugar points są mocno powiązane z minigrami. Jeszcze na początku roku te były ciekawe i (nawet) angażujące, gdyż polegały na łapaniu przelatujących po ekranie słodyczy. Teraz jedyna dostępna minigra polega na porównywaniu statystyk naszego awatara z postacią innego gracza. Zmiana zdecydowanie debilna na gorsze, ponieważ nie mamy żadnego wpływu przebieg rozgrywki. Statystyki przeciwnika są ukryte, widzimy jedynie co ma na sobie, ale jest to bez znaczenia, ponieważ sumowane są punkty całej szafy, a nie tylko obecnie założonych ubrań. Nasz przeciwnik może na obrazku stać w samym bikini i bokserkach a i tak wygrać, gdyż ma całą szafę zawaloną ciuchami premium.

Punkty zdobywane za zwycięstwo w minigrze są niezbędne do przejścia sugar checkpoint, które pojawia się ok. pięciu razy w ciągu jednej ścieżki. Gra jest, niestety, zaprogramowana tak, aby trafiając na checkpoint, musielibyśmy poczekać i wyfarmić wymaganą ilość punktów. Niektóre progi punktowe są absurdalne, np. w jednej historii musimy uzbierać siedem tysięcy punktów na przestrzeni pięciu biletów, czyli jednego dnia. Mi zajęło to tydzień.

Podsumowując, system biletowy najlepiej posłuży umiarkowanym graczom - którzy specjalnie nie przywiążą się do historii, ale wystarczająco często będą do niej wracać, aby nabijać punkty niezbędne do pokonania checkpointów. Maniacy Lost Alice mogą się frustrować wymogami farmienia i czekania na nowe bilety, natomiast casuale będą aż do znudzenia zatrzymywać się na "bramkach kontrolnych".

* * *


Lost Alice nie posiada voice actingu, ale w tle cały czas przygrywają nam skoczne kawałki. Utworów muzycznych jest całkiem sporo i większość jest miła dla ucha. OSTu można posłuchać legalnie na youtubie.

Każdy jeden bohater posiada łącznie trzynaście różnych CG, z czego trzy (z prologu) są wspólne. Ilustracje są prześliczne, pełne żywych kolorów i przedstawiające scenę, mającą jakieś znaczenie dla całej historii.


Tła w grach visual novel od zawsze były moim oczkiem w głowie, i tutaj wypadają one fenomenalnie. Jest ich naprawdę dużo, większość z nich jest mocno surrealistyczna, oddając tym samym idealnie klimat Alicji w Krainie Czarów. Cieszy również fakt, że twórcy zaimplementowali opcję ukrycia tekstu, aby móc nacieszyć oko tymi cudeńkami. Najlepsze jest jednak to, że wraz z kolejnymi bohaterami i historiami dochodzą również nowe tła.


Poza głównymi ścieżkami jest w Lost Alice jeszcze sporo do roboty. Wręcz co chwilę jesteśmy zasypywani eventami, w których możemy zdobyć unikalne ubrania, przedmioty wspomagające rozgrywkę oraz specjalne historie poboczne, te jednak wnoszą niewiele do całej historii. Znacznie ciekawsze są spin-offy, najczęściej mieszające opowieść o Alicji z innymi baśniami lub świętujące urodziny danego bohatera. Te nagradzają nas na końcu przepiękną ilustracją (jak ta poniżej) i strojami, ale wymagają w zamian sporej ilość gotówki. Na szczęście po ukończeniu każdej ze ścieżek otrzymujemy za darmo historię poboczną z wybranym przez nas bohaterem.


Lost Alice jest niewątpliwie jedną z lepszych tytułów na sprzęt mobilny, dodatkowo całkiem popularną, zważywszy na to, iż otrzymała port na serwisie Facebook. Nie mam pojęcia jak działa owa wersja ani czy są zauważalne różnice w rozgrywce, ale zachęcam wszystkich do zapoznania się z tytułem, czy to na smartfonie, czy komputerze.

W tytule posta nie przypadkowo umieściłam "cz. 1/3". Przeszłam już historie kolejnej trójki: Owena, Sidda i Chronusa i zamierzam wkrótce krytycznie na nie spojrzeć :) Obecnie jestem za połową ścieżki Ace'a i tutaj zatrzymam się na dłużej, gdyż będę chciała upchnąć go wraz z pozostałą (jeszcze niedostępną) dwójką. Trochę przyjdzie nam poczekać, ale czuję, iż bardziej warto (P.S. historia Ace'a jest super <3).


* * *


Szczegóły wydania:
Cover artDeweloper/wydawca: NTT Solmare
Data wydania: 2016
Gatunek: otome / visual novel
Platforma: Android / Facebook
Łączna liczba ścieżek: 7 + (dalsze powstają)
Voice acting: brak
Animacje postaci: brak

Do kupienia / ściągnięcia na:
Wersja cyfrowa: Google Play


Recenzja | Princess of the Moon (Rudy)


Doświadczyłam gier złych, niedopracowanych, głupich i nudnych, ale nigdy bym nie przypuszczała, że jakikolwiek tytuł może mnie obrazić. Princess of the Moon ta, z pozoru niemożliwa, sztuka się udała.


Przepraszam, że zacznę od końca, ale zanim przejdę do meritum, muszę dać upust moim emocjom. Ścieżka Rudiego w Princess of the Moon to, k####, dramat. Ona nawet nie jest zła, ona jest szkodliwa. Narzekaliście kiedykolwiek na główną bohaterkę? Wkurzały was protagonistki od Dogenzaka Lab? To was zaskoczę. Princess of the Moon wprowadza zupełnie nowy poziom zażenowania.

Pierwszy raz na usta ciśnie mi się tyle słów na raz, głównie przekleństw, które idealnie oddają ducha gry, ale postaram się uporządkować myśli. O czym w ogóle jest to g... ta gra?

Kazuko przyjeżdża do jakiegoś bogatego państwa na staż czy do pracy, nie pamiętam właściwie po co, ale to w zasadzie najmniej ważna kwestia. Po nocy w hotelu okazuje się, że w mieście trwa jakieś święto i samochody są wyłączone z ruchu. Dziewczyna zastanawia się jak dotrze do nowego miejsca pracy, gdy do hotelu wpada grupka bogato wystrojonych mężczyzn. Okazuje się, że wszyscy są książętami z okolicznych państw a ich przyjazd ma związek ze świętem. Mężczyźni proponują dziewczynie podwózkę, ale ta odmawia i wybiega z budynku. Kazuko nieokreślony czas szwenda się po ulicach, aż ulewa zmusza ją do ukrycia się w jednym z budynków. Wchodząc do środka, dziewczyna ponownie spotyka książęta, którzy z miejsca tytułują ją "księżniczką księżyca" (serio, tak było). Mężczyźni wyjaśniają jej, że wedle tradycji, jeśli dziewczyna wejdzie akurat tego dnia do tego akurat budynku zostaje "księżniczką księżyca" i ma poślubić księcia, którego uzna za najlepszego kandydata na króla.

Okej, na tym etapie pewnie zastanawiają was dwie rzeczy. Pierwsza: po co książęta przyszli do hotelu, w którym nocowała bohaterka? W końcu nie był to pięciogwiazdkowy przybytek, więc nocleg odpada. Druga: co jest złego w tej historii? Już spieszę z wyjaśnieniami. "Księżniczka księżyca" musi wybrać jednego spośród książąt na króla, zamieszkać z nim na trzy miesiące, po czym poślubić, tyle że żadnego z książąt nie zna. Z jednym czy z drugim zamienia słowo w hotelu, a potem spotykają się dopiero podczas wyboru. Co zatem robi bohaterka w takim wypadku? Oczywiście wybiera tego, który wydaje jej się fajny. Tym sposobem Kazuko wiąże się z jednym z mężczyzn i udaje się z nim do jego rezydencji. Większość z was pewnie nadal nie rozumie, co jest nie tak z tą historią? Właśnie przechodzę do najlepszej części. To, że bohaterka wybrała któregoś z mężczyzn nie ma absolutnie znaczenia, gdyż każdy z pozostałych kandydatów może ją legalnie porwać i przymusić do zmiany decyzji. Jaki sens ma zatem ten cały obrządek? No właśnie...

Nie widać tego na pierwszy rzut oka, ale fabuła Princess of the Moon (przynajmniej w ścieżce Rudiego) koncentruje się głównie na stosunkach intymnych bohaterki z jej wybrankiem. Zbliżenia są zresztą w zabawny sposób usprawiedliwione tym, że wedle tradycji "księżniczka księżyca" co miesiąc, podczas pełni musi uprawiać seks z księciem (kto to, k####, wymyślił?). Po co? Co się stanie, gdy do stosunku nie dojdzie? Czy gwałt też się liczy? Te pytania oczywiście pozostają bez odpowiedzi.

No, po prostu ideał mężczyzny.
Co do gwałtu... Bez owijania w bawełnę, pierwsze akty seksualne na bohaterce są absolutnie pozbawione jej zgody. Wygląda to tak, że nastaje noc, przychodzi bohater i robi z nią co chce. Paradoksalnie, to jeszcze nie jest najgorsze. Najgorsze jest to, że u protagonistki po tym pierwszym razie pojawia się zespół maltretowanej żony! Yay! Co z tego, że facet ją wziął siłą? Co z tego, że ją nadal molestuje? Co z tego, że jest osobą chorą psychicznie? Ona i tak się w nim zakochuje i z czasem zaczyna go rozgrzeszać! No, ja, k####, nie mogę!

Ale już dość tej rozciągłej analizy. Na dzień dzisiejszy do wyboru mamy trzech bohaterów (gdy ja rozpoczynałam rozgrywkę było ich tylko dwóch): Alph, Rudy i Sera (który znalazł się w grze niedawno).  Mając do wyboru sadystę oraz osobę psychicznie chorą, wybrałam tego drugiego i tym sposobem rozpoczęłam historię Rudiego (czego do dziś żałuję).

Od razu uprzedzam - cały wywiad o Rudim jest pełen spoilerów. Nie będę się pieścić, skoro i tak nie polecam wam grania w tę ścieżkę.

Jeśli graliście w The Amazing Shinsengumi a konkretnie w historię Heisuke, już wiecie czego się spodziewać. Rudy jest dzieckiem w ciele dorosłego, a w zasadzie głupim i rozpieszczonym dzieckiem w ciele dorosłego. Facet nie ma absolutnie żadnych zahamowań, jeśli chodzi o kontakty fizyczne z bohaterką, czego najlepszym przykładem jest scena balu na statku, w której koleś dobiera się dziewczynie do majtek na oczach tłumu (dosłownie podnosi jej suknię i wędruje palcami po okolicach bikini). Brak mu empatii i poszanowania dla drugiego człowieka, bo cały świat oczywiście kręci się tylko wokół niego.

Gdzieś na początku historii dowiadujemy się, iż Rudy ma swój prywatny harem w innej posiadłości. Jak na tę wieść reaguje Kazuko? No, jest jej smutno. I tyle. Mając do wyboru rzeszę innych kandydatów trzyma się Rudiego jak rzep psiego ogona, chociaż absolutnie nie jest z nim szczęśliwa. Co ciekawe, wszystkie inne kobiety wprost przepadają za kolesiem - gdy Kazuko przyjeżdża do rezydencji chłopaka, księcia atakuje zazdrosny facet, którego narzeczona dołączyła do haremu Rudiego. Już sama nie wiem, czy to jest bardziej komiczne czy głupie?

Jak się okazuje w dalszej historii, Rudy jednak nie jest aż takim lekkoduchem, jakiego zgrywa. Rudy ma również kompleksy. Pierwszym jest.. dawna przegrana z Alphem w pojedynku na miecze... która widać tak dogłębnie nim wstrząsnęła, że koleś do dzisiaj się nie pozbierał. Wow. Drugim jest... strach przed spaniem samemu... Rudy tłumaczy, że gdy w łóżku nie towarzyszy mu kobieta, śnią mu się koszmary. Po to zresztą utworzył swój harem, aby sypiać z kobietami - dosłownie, bez podtekstów seksualnych.

Warto również wspomnieć w jaki "cudowny" sposób bohaterka przekonała się do Rudiego. Otóż po tych wszystkich "upojnych" nocach i publicznym obmacywaniu, Kazuko odkrywa, że chłopak szyje pluszaki swoim siostrom. Widząc to, bohaterka stwierdza, że Rudy to jednak spoko gość. Pozostawiam to bez komentarza.

Swoją drogą, Rudy nie raz udowodnił, że absolutnie nie nadaje się na króla. Szasta hajsem na prawo i lewo; w końcowej scenie wysypuje wór klejnotów do strumienia (bo taką miał zachciankę), zamiast przeznaczyć je na coś pożytecznego (co sama bohaterka mu wypomina). Facet wydaje się w ogóle nie interesować swoim krajem, skupia się za to wyłącznie na sobie i intymnych częściach ciała bohaterki.

A jak wypada sama bohaterka? Tu jest właśnie pies pogrzebany. Protagonistka została przedstawiona w obraźliwy, seksistowski sposób jako lalka do zabaw łóżkowych. Kazuko absolutnie nie ma własnego charakteru i za grosz asertywności. Nie potrafi się przeciwstawić atakom ze strony Rudiego ani nawet się na gościa obrazić za to, co jej robi. Jest uległa wobec jego wszelkich zachcianek i nie widzi w nich nic złego! Wygląda to tak jakby dla bohaterki gwałt i molestowanie były na porządku dziennym - widocznie dla niej to normalne, że mężczyzna siłą rości sobie prawo do jej ciała. Brawo, Abracadabro! Brawo, za to, czego uczycie młode kobiety! Oby tak dalej!!

P.S. Daleko mi do bycia feministką.
P.S.2. Rozumiem, że niektórym podobają się historie, w których facet jest zarówno kochankiem, jak i katem. Nie mi to oceniać, ale gra jest przeznaczona dla ludzi od 16 roku życia, także czy tego typu treści są odpowiednie dla nastolatków? Nie sądzę...

W innej recenzji spotkałam się z opinią, iż w grze doświadczymy konspiracji i intryg ze strony pozostałych książąt. No... nie. Bynajmniej nie w historii Rudiego. Tutaj jedyną "intrygą" jest próba uprowadzenia bohaterki, by ją zmusić do zmiany wybranka. Cała reszta historii to dnie spędzone z Rudim, noce spędzone z Rudim, spacery z Rudim i inne tego typu pierdoły.

Graficznie Princess of the Moon nie różni się zbytnio od poprzedniej gry studia, Lust in Terror Manor. Tutaj na pewno lepiej wypadają tła - jest ich znacznie więcej i widać ktoś nad nimi przysiadł. Powracają za to problemy z tekstem. Ten lubi się "wylewać" przy dłuższych zdaniach i ponownie poskąpiono na edytora, który by się tym zajął. Błędów ortograficznych i składniowych jest sporo, ale do tego już chyba zdążyliśmy się przyzwyczaić.

* * *

Mechanika gry

O mechanice gry, wspólnej dla wszystkich tytułów Abracadabry, rozpisywałam się już przy okazji recenzji Lust in Terror Manor.

* * *

Na koniec chciałabym przeprosić za pogardliwy ton recenzji i masę jadu skierowanego w stronę Princess of the Moon. Proszę mi wierzyć, naprawdę starałam się podejść do tego łagodnie, z dystansem, ale kiedy tylko postawiłam pierwsze litery, powróciły wszystkie emocje towarzyszące mi podczas rozgrywki.

Chciałabym również podkreślić, iż ścieżka Rudiego jest tylko jedną z trzech (na chwilę obecną) dostępnych i pozostałe dwie mogą reprezentować inny poziom. Aktualnie rozgrywam historię Sery i ta wypada o niebo lepiej. Po ukończeniu na pewno pokuszę się o jej recenzję, by zabić niesmak wywołany powyżej opisywaną historią.

 

* * *



Szczegóły wydania:
Deweloper/wydawca: Abracadabra Inc.
Data wydania: 9 stycznia 2017 (?)
Gatunek: otome / visual novel
Platforma: Android
Łączna liczba ścieżek: 3 + (dalsze powstają)
Voice acting: brak
Animacje postaci: brak

Do kupienia na:
Wersja cyfrowa: Google Play


Recenzja | Lust in Terror Manor (Hayato & Rui)


Trochę już siedzę w mobilnych otome i nadal nie mogę się nadziwić jak niektórzy twórcy są pazerni na kasę. Mystic Messenger udowodnił, że opłaca się robić wysokiej klasy produkcje z uczciwym i przejrzystym systemem płatności, a mimo to niewielu bierze z niego przykład. Absolutnie nie pochwalam dojenia graczy na każdym kroku, ale są takie gry, którym warto dać ten jeden palec (jeden, i tylko jeden).


















Lust in Terror Manor odrzuciło mnie już na początku swoim sugestywnym tytułem, ale dałam grze szansę i się miło zaskoczyłam. Spodziewałam się przede wszystkim "lust", a dostałam głównie "terror".


Recenzja | Mystery Symbol


Gry od Hanabi... eh, jest w czym przebierać. Każda charakterystyczna i wyjątkowa, traktująca na inne tematy. Dzisiaj po przygodach z magią i duchami trafiamy do... zwykłej szkoły?



















Mystery Symbol to odskocznia od wszelkich romansów z fantastyką w tle. Trafiamy do zwykłego liceum, do którego uczęszczają normalni uczniowie, bohaterka nie posiada żadnych magicznych zdolności, a jej przyjaciele nie są ani kocimi chowańcami, ani łowcami czarownic. Czy zatem przygoda w świecie nieodbiegającym w niczym od realnego może kogokolwiek zainteresować? Dzięki tytułowej zagadce, tak!


Review | Ghost Love

Hanabi's latest release, Ghost Love, proves once again value isn't necessarily determined by price. If it were, their games would cost as much as those already paid or even more. So how's possible their F2P games surpass many paid titles? I have no clue. All I know is I want them to carry on and bring us new, exciting games.
 

















Hanabi's games usually concentrate around one theme, but here we've got two, completely different ones: supernatural world represented by ghosts and magic contrasted with everyday work experience. Although these two don't seem to be equal rivals, Hanabi managed to make them both interesting and enjoyable.


Recenzja | Ghost Love


Hanabi w nowym roku powraca z kolejnym darmowym tytułem, którego jakość ponownie przewyższa wiele gier płatnych. Jak oni to robią, nie mam pojęcia. Wiem natomiast, że tego typu twórców brakuje, i gdy już jakiś się znajdzie, należy go wspierać z całych sił.



Hanabi tym razem poświęciło swoją uwagę nie jednemu wątkowi, ale dwóm skrajnie różnym: świecie fantastycznym reprezentowanym przez duchy i magię oraz szaroburej rzeczywistości, w której trzeba chodzić do pracy, aby zarobić na życie. Z początku może się wydawać, że oba motywy nie bardzo się kleją, a zwykłe życie nie ma co konkurować ze światem nadprzyrodzonym, a jednak twórcom udaje się niemożliwe - oba wątki są równie interesujące i dostarczają tyle samo wrażeń.

Christina, będąc jeszcze w liceum straciła swojego najlepszego przyjaciela w wypadku samochodowym. Mimo, że od tego czasu minęło już pięć lat, dziewczyna skończyła studia i dostała swoją pierwszą pracę, bohaterka nadal rozpamiętuje ten moment i systematycznie odwiedza grób Kyle'a. Pewnego dnia, idąc drogą widzi czarną kotkę, zmierzającą prosto pod koła nadjeżdżającego samochodu. Dziewczyna ratuje kocicę, która w podzięce oddaje jedno ze swoich dziewięciu żyć Kyle'owi. Chłopak wstaje z martwych jako duch i towarzyszy przyjaciółce w codziennym życiu. Sielanka jednakże nie może trwać wiecznie i Christina będzie musiała zadecydować czy chce żyć dalej przeszłością i zawalczyć o Kyle'a, czy ruszyć do przodu i nawiązać romans ze swoim przełożonym.

Bohaterka zwyczajnie znalazła się między młotem i kowadłem; z jednej strony wciąż nie pogodziła się z olbrzymią stratą, z drugiej, ostatnimi czasy poczyniła ogromne postępy w życiu prywatnym i zawodowym. I to w Ghost Love jest najwspanialsze - historia opowiedziana jest w taki sposób, że dylemat protagonistki jest rzeczywisty i przekonujący. Żadna z decyzji nie przyjdzie nam prosto, żadna nie jest również do końca satysfakcjonująca. Gra niczym życie obrazuje, że nie można mieć wszystkiego, a nasze wybory nie idą w parze z opiniami innych. Ta smutna prawda jest po części głównym motywem Ghost Love.



Ale tytuł to nie tylko smutek i żal, ale i spora dawka humoru. Twórcom zgrabnie udało się pomieszać komedię z tragedią, czego efektem jest ciekawa historia, wciągająca na każdym kroku, z momentami napięcia oraz relaksu. Może nie jest to opowieść wyjątkowo oryginalna, gdyż pojedyncze elementy pojawiały się już na ekranie lub papierze, jednak gra, jako całość prezentuje się rewelacyjnie i ma przesłanie, którego warto posłuchać.

Ciężko mi polubić Christinę równie mocno co Derryth, z siostrzanej produkcji, ale to głównie dlatego, iż Ghost Love to jednak inny typ historii. Christina jest osobą dorosłą, doświadczoną przez życie i wewnętrznie cierpiącą, trudno zatem doszukiwać się szaleństwa równego Derryth, chociaż bohaterka i to potrafi z siebie wykrzesać w odpowiednim miejscu i czasie.

Ghost Love powiela charakterystyczny dla Hanabi model dwóch panów do romansowania, i w przeciwieństwie do siostrzanych produkcji, tutaj nie wyobrażam sobie zwiększenia tej liczby nawet do trzech. Dwójka męskich bohaterów idealnie wypełnia fabułę i nawet "bramka nr 3" byłaby szkodliwa dla tej pięknej historii.

Sami panowie są niczego sobie. Kyle, zmarły tragicznie w wypadku samochodowym przyjaciel bohaterki, to lekkoduch i (dosłownie) dobra dusza. Jest trochę przygłupi i dziecinny, ale nosi w sobie masę ciepła i empatii. Vincent wcale nie jest jego przeciwieństwem; współpracownik Christyny, choć z początku wydaje się sztywny i surowy, odkryje przed nami swoją sympatyczną stronę, jeśli tylko damy mu szansę. Wybór między tą dwójką będzie coraz trudniejszy z czasem, warto więc zatem już na początku zdecydować, z którym mężczyzną zakończymy historię w pierwszej kolejności.

Mechanika gry, interfejs i strona graficzna nie wyróżniają się niczym na tle poprzednich gier studia. Zamiast typowych ścieżek mamy ciągłą historię, w której będziemy wybierać, któremu chłopakowi będziemy towarzyszyć w danej chwili. Wyborów jest ponownie sporo, zaczynając od mało ważnych dialogów, po kluczowe decyzje, wpływające na zakończenie.

Opcje gry składają się jedynie z nowej rozgrywki ("new game") i wczytania ostatniego zapisu ("continue"). Tytuł posiada automatyczny zapis, zatem wszelkie wybory poczynione podczas rozgrywki są nieodwołalne, nie jest to jednakże problemem, zważywszy na krótki czas rozgrywki (porównywalny, lub niewiele dłuższy od Love Magic). Warto w tym miejscu również podkreślić, iż tytuł jest zakończony i nie ma żadnych przesłanek, aby miał wyjść sequel.

Strona graficzna to powtórka z rozrywki - pastelowe, wielobarwne tła, muzyka oraz czarno-białe ilustracje w postaci kadrów. Wszystko to wygląda ślicznie i zachęca do grania. Jedyne czego mogłabym się przyczepić (i to na siłę) to projekty bohaterów - choć ładnie narysowani, chłopcy wyglądają pospolicie i mało oryginalnie. W grach otome uroda Vincenta (czarne gładkie włosy plus okulary) jest często powielana i wierzę, że można było zaprojektować go lepiej (a Hanabi już nie raz pokazało, że umie odpimpować chłopaków :D).


Jedyne co tak naprawdę przeszkadzało mi w grze, to niewielkie zamieszanie odnośnie tytułu gry. W zapowiedzi na facebooku widnieje nazwa Ghost (Office Love), na oficjalnych grafikach Ghost Love, sama apka natomiast nosi nazwę Love Ghost. Niby błaha sprawa, mi jednak sprawiła problem z zatytułowaniem tejże recenzji :) Ostatecznie zdecydowałam się na tytuł widniejący na grafikach. 

Ghost Love, jak i inne produkcje studia są całkowicie darmowe do ściągnięcia i grania. Za wysoką jakością, o dziwo, nie kryją się żadne mikropłatności czy przymus klikania w reklamy (te pojawiają się jedynie co jakiś czas i z marszu można je zamknąć).

Nie ma co, więc czekać, trzeba grać :)



* * *



Szczegóły wydania:
Deweloper/wydawca: Hanabi Media
Data wydania: 24 styczeń 2016
Gatunek: otome / visual novel
Platforma: Android
Łączna liczba ścieżek: 2
Voice acting: brak
Animacje postaci: brak

Do kupienia na:
Wersja cyfrowa: Google Play

Review | Love Magic (season one)


How often do you encounter a totally free to play otome game? On Google Play probably never. Those "supposed" to be free games usually hide their microtransaction until you install the ap and clear the prolog. Then you are to pay for every guy and scenario separately. But what if I tell you completely F2P otoges actually exist, and what's more, they are fun to play?


At first sight, Love Magic is another swords and magic title with a magician as a protagonist. We have a hag granny, a super handsome cat familiar and a world reigned by witch hunters. Sounds clichéd and dull but there's much more to that. Particularly, the Sabrina, the Teenage Witch TV series style.

Our protagonist is a geeky teenager who loves otome games. She's not very popular in her school so imagine her reaction when the most attractive and famous guy rescues her from a bully and gives her his number! Of course she immediately falls in love with him! But before she decides to do something with her new crush, her beloved grandmother dies. At night she has a dream about her granny asking her to follow a black cat. When she wakes up a black kitty actually appears and she runs after it to an old house in the woods. There the fur ball transforms into a man and tells the girl she is a witch, just like her grandmother. After this shocking annoucement the heroine decides to use some magic tricks to get closer to her charming schoolmate.

A very simple idea for a story, but it works perfectly! The plot is interesting, has well-paced narration, and what's more important, it's hilarious! The protagonist, just like Sabrina from the TV series, uses her newly acquired abilities to make herself popular but as her experience with magic is low, she often gets into a trouble.


I found the jokes and situations universal and smart. The spotlight is stolen mostly by our magical companion, Minuet whose ironic replies actually made the game. I laughed a lot and I guarantee anyone else would do in my place. 

Our protagonist, though not very bright, is very creative and likable. She's also an otome addict and, as one can guess, this fact is made fun of throughout the title. The heroine has got numerous silly ideas which are potentially fatal but even as she balances on the edge of the sword, her adventures are still laughable and fun to watch.

In Love Magic we can pursue two romance options: the attractive schoolmate, Paris or our familiar cat, Minuet. Their routes intertwine so there is only one story during which we are to make crucial decisions whether we want to support Minuet or go after Paris. There are a lot choices in the game but the majority of them appear in dialogs.

Both the men are brilliant characters. Paris, who we meet first, is the school council president and the most popular guy in the school. He's charming and super kind, although Paris is far from being a saint - he has a dark sercret that we are to find out very soon.Minuet is a familiar who can take a form of either a human or a cat. He had been adopted by the heroine's granny who asked him to accompany the girl after her death. Minuet is our guide - he shows us the world of magic and teaches us how to use it. The cat boy is often ironical and makes mean comments (or gestures :D) but overal he is absolutely lovable.







I truly love the art of the game. The individuals are distinctive and neatly drawn. The backgrounds are simply gorgeous! Someone had a great idea to use watercolors instead of typical art style. Illustrations are clearly based on Japanese comics and that style makes illustrations very unique even in otome games genre. There's sound and music in the game but (unfortunately) no voice actors.

Love Magic is a very minimalistic game. The story is super short and ends where the others usually have just started but there are supposed to be multiple seasons (at least two) so it's not a big deal. The game consists of only two routes and doesn't offer any additionally features; actually there's only "new game" and "continue". The title saves automatically and there's no load option which makes our choices permanent. We can't check our relationship status and some choices are pretty tricky but getting a desirable ending isn't as hard as it looks like at the beginning ("the flirty cutie" or "the sexy gentleman"?). 


The title is totally free to play but if we play it online, there will be an ad banner on the bottom of the screen. Fair exchange for such a high quality game! Moreover, the miniatures of other Hanabi's productions are shown right beneath the menu, but again, there are not oppressive or irritating. Since I fell in love with Love Magic I wil definitely check out the rest of Hanabi's games!

Overal, Love Magic is a brilliant game. I can recommend it to all of you with smartphones, tablets or any ohter devices supporting Google Play.

* * *



Details:
Developer/publisher: Hanabi Media
Date of publishing: November 21, 2016
Genre: otome / visual novel
Platform: Android
Number of routes: 2
Voice acting: no
Animations: no

Can be bought at:
Digital version: Google Play

Recenzja | Love Magic (sezon pierwszy)


Niełatwo trafić na zupełnie darmową grę otome, szczególnie na Google Playu, gdzie mikrotransakcje wychodzą na jaw dopiero po skończeniu prologu. Jakież zatem było moje zdziwienie, gdy odkryłam Love Magic - całkowicie darmowy tytuł pełen genialnych postaci i humoru!


Na pierwszy rzut oka - kolejny tytuł z magią w roli głównej. Mamy czarodziejki, łowców czarownic i przystojnego kociego chowańca. Niby nuda i sztampa, a jednak, tytuł ma coś w sobie. Coś co najłatwiej nazwać stylem rodem z Sabriny, Nastoletniej Czarownicy, serialu naszego dzieciństwa.

Główna bohaterka, Derryth, jest geekiem i maniakiem gier otome, co bynajmniej nie pomaga jej w kontaktach międzyludzkich. Dziewczyna jest odludkiem i szkolne przerwy spędza, albo z jedyną przyjaciółką, June, albo z haremem młodych i pięknych wirtualnych mężczyzn. Podczas rozgrywki w swoją ulubioną grę, Derryth zaczepia szkolny łobuz i wyśmiewa jej hobby. Na ratunek dziewczynie przychodzi jednak Paris - najpopularniejszy chłopak w mieście, dając oprychowi w kość, a dziewczynie swój numer. Ta z miejsca się w nim zakochuje i postanawia w jakiś sposób mu się przypodobać, ale zanim decyduje się na pierwszy ruch, dzwoni telefon ze smutną wieścią o śmierci ukochanej babci bohaterki. Pierwszej nocy po olbrzymiej stracie, dziewczynie śni się babcia, która prosi ją o podążanie za czarnym kotem. Ten niedługo potem faktycznie się zjawia, a Derryth dociera za nim do odludnego domku w lesie, gdzie doświadcza transformacji kota w chłopaka. Minuet wyjawia bohaterce, iż babcia była czarownicą i wraz z jej śmiercią dziewczyna odziedziczyła jej magiczne moce. Derryth przyjmuje ten dar i pierwsze co postanawia, to użyć magii do rozkochania w sobie Parisa.

Jak widać, fabuła gry jest bardzo prosta, lekka i zabawna. Derryth, podobnie jak serialowa Sabrina, postanawia "ułatwić" sobie życie za pomocą magii, a że dziewczyna nie ma większego doświadczenia z czarami, nie raz, nie dwa wplącze się w olbrzymie kłopoty. W grze znajdziemy sporo przekomicznych żartów i sytuacji, ale nie absurdalnych czy banalnych, a naprawdę inteligentnych i pomysłowych. Sama historia jest mocno nieprzewidywalna i naprawdę potrafi zaskoczyć.


Nasza bohaterka, Derryth, nie jest bystrzakiem i bywa ciamajdą, ale wszelkie wady nadrabia pomysłowością i odwagą. Do głowy przychodzą jej najróżniejsze pomysły (przeważnie ryzykowne), których realizacja zaskoczy nas swoim przebiegiem. Derryth jest ponadto maniakiem gier otome, o czym twórcy przypomną nas nie raz podczas rozgrywki. Prócz momentów typowo komediowych pojawiają się również sceny pełne napięcia i grozy, wszystko ma to jednak lekki, niemal bajkowy wydźwięk.

Magic Love oferuje dwóch bohaterów do romansowania: atrakcyjnego i czarującego kolegę ze szkoły, Parisa, oraz naszego kociego chowańca, Minueta. Obaj panowie są sympatyczni na swój sposób. Paris jest przewodniczącym samorządu szkolnego i największym ciachem w mieście. Jest przemiły i czarujący, ale Derryth, poznając go bliżej, przekona się, że nie jest tak idealny, jaki wydał jej się w pierwszej chwili.

Minuet natomiast jest chowańcem - istotą, która potrafi przybrać formę człowieka lub zwierzęcia. Został zaadoptowany przez babcię Derryth, i po jej śmierci zostaje naszym przewodnikiem po świecie magii. Uwielbia robić kąśliwe uwagi i droczyć się z protagonistką, ale czyni go to słodkim i uroczym.

W grze nie ma typowych ścieżek chłopaków, zamiast tego dostajemy jedną historię z kilkoma kluczowymi wyborami, podczas których opowiemy się za jednym, lub drugim bohaterem. Samych wyborów w produkcji jest sporo, z czego niektóre są podchwytliwe, ale dotarcie do pożądanego zakończenia nie jest tak trudne, jak wyda się to na początku ("słodki flirciarz" czy "seksowny dżentelmen"?).

Zakochałam się w stronie wizualnej gry! Postaci są ślicznie narysowane, wszystkie wyjątkowe i niepowtarzalne. Każde z teł to małe dzieło sztuki - ktoś wpadł na genialny pomysł, aby zamiast typowego tła nałożyć akwarele. Obraz jest przez to trochę rozmazany, ale wygląda to absolutnie fenomenalnie!
Równie interesująco wyglądają ilustracje -  te stylem przypominają karty japońskich komiksów. Wszystkie są czarno-białe i składają się z dwóch kadrów, przedstawiających daną scenę. Te zazwyczaj obrazują zabawne momenty, bądź te pełne akcji.

Gra posiada oprawę dźwiękową, ale brakuje jej voice actingu.

Love Magic to pod wieloma względami gra minimalistyczna. Historia jest super krótka i kończy się tam, gdzie inne produkcje dopiero się rozkręcają. Nie ma jednak nad czym rozpaczać, gdyż gra podzielona jest na sezony i dalsze części (co najmniej jedna) pojawią się prędzej czy później. Bardzo ubogie są natomiast opcje rozgrywki - tak właściwie to istnieje tylko "start" - rozpoczęcie nowej gry, i "continue" - wczytanie ostatniego zapisu. Tytuł zapisuje się automatycznie, także wszelkie dokonane przez nas wybory są permanentne i nieodwołalne. W żaden sposób nie możemy również sprawdzić obecnego statusu związku, ale jest to opcja zupełnie zbędna z uwagi na długość gry i dość sugestywne wybory.


Gra jest całkowicie darmowa i nie narzuca klikania w reklamy. Grając online doświadczymy jedynie małego bannera z reklamą u dołu ekranu, który w żaden sposób nie ingeruje w naszą rozgrywkę. Natomiast w górnym prawym rogu co jakiś czas pojawiać się będą miniaturki pozostałych gier studia Hanabi - te na pewno sprawdzę przez wzgląd na genialną Love Magic!

Podsumowując, Love Magic polecam każdemu z tabletem, smartfonem, czy innym urządzeniem obsługującym Google Play. Gra jest przezabawna, przesłodka i za free. Z niecierpliwością czekam na dalszą część historii



* * *



Szczegóły wydania:
Deweloper/wydawca: Hanabi Media
Data wydania: 21 listopada 2016
Gatunek: otome / visual novel
Platforma: Android
Łączna liczba ścieżek: 2
Voice acting: brak
Animacje postaci: brak

Do kupienia na:
Wersja cyfrowa: Google Play