Pokazywanie postów oznaczonych etykietą google play. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą google play. Pokaż wszystkie posty

Mystic Messenger | Nowa data premiery i OP ścieżki V


Dzisiaj na swoim fanpage'u Cheritz ogłosiło przesunięcie daty premiery najnowszej historii na wrzesień. Na otarcie łez Koreańczycy zaprezentowali nam opening, który powita nas przy rozpoczęciu opowieści V.

Opóźnienie premiery ścieżki V wcale mnie nie zdziwiło, wręcz już zaczęłam je wieszczyć, widząc przemijające dni miesiąca. O ile dla mnie nie ma znaczenia, czy opowieść wyjdzie w sierpniu czy we wrześniu, zdaję sobie sprawę, iż wielu fanów zaboli fakt, że nie zagrają jeszcze w te wakacje. Niestety, MM jest produkcją, która wymaga od gracza punktualności i włączania aplikacji o różnych porach dnia, dlatego podczas roku szkolnego rozgrywka dla niektórych może być utrudniona. Szkoda, że Cheritz nie udało się wcześniej wydać ścieżki; na pewno byłaby hitem tego lata.

Wracając do openingu, słyszymy w nim aktorów głosowych wcielających się w V i Rikę oraz widzimy sceny obrazujące bliskość obu bohaterów. Ciężko cokolwiek sugerować po prawie dwu minutowym filmiku, ale w mojej głowie przodują dwie teorie:

1) MC i V będą tylko przyjaciółmi
2) w opowieści NIE wcielimy się w MC, a w Rikę lub... samego V (to drugie bardziej prawdopodobne)
 
Oczywiście tego typu gdybanie nie ma sensu, ale jest to całkowicie naturalne, czekając na historię, w grze, która już raz wyrwała się ramom gatunku.




A Wy jak sądzicie? Czy po takim openingu możemy jeszcze liczyć na romans pomiędzy MC i V?


Recenzja | Lost Alice cz.1/3


Sama będąc Alicją, czuję naturalny pociąg do dzieł z moją imienniczką w roli głównej. Oglądałam filmy i bajki, grałam w gry, czytałam mangę od QuinRose, natomiast powieść Lewisa Carolla przeczytałam dość późno w moim życiu i możliwe, iż to dorosłość sprawiła, że książka nie do końca przypadła mi do gustu. Drugim tego powodem była Alicja, pozbawiona wyrazistego charakteru i, co ważniejsze, ludzkiej reakcji na dziwy mające miejsce przed jej oczami. NTT Solmare w swoim autorskim tytule na szczęście odbiega od oryginału i serwuje nam prawdziwą protagonistkę z krwi i kości.


Lost Alice to gra o Alicji, która Alicją wcale nie jest. Wbrew tytułowi, bohaterką  jest Zosia, Marysia, Hania i Józia - wszystko to ponieważ Alicja jest tylko symbolem, rolą, w którą niechętnie wciela się, i z którą nijako walczy wykreowana przez nas postać. Rozbieżności z oryginałem jest o wiele więcej, dlatego jeśli myślicie, że to na pewno "kolejna wtórna reinterpretacja Alicji i mogliby w końcu coś swojego wymyślić" (też tak myślałam na początku), polecam zapoznać się z niniejszym tekstem.

Bohaterka budzi się w tajemniczym pomieszczeniu z ogromnym lustrem, nie pamiętając kim jest ani jak tu trafiła. Spotkawszy po drodze w nieznane trzech, niepokojąco zainteresowanych jej osobą, mężczyzn, dowiaduje się, iż trafiła do Krainy Czarów - miejsca będącym nie tyle światem alternatywnym, co opowieścią wykreowaną przez jej autora. Każdemu z mieszkańców przypada jakaś rola, która jest zarówno ich sensem istnienia jak i jarzmem, a nasza protagonistka zostaje Alicją, postacią centralną opowieści, której przyszłe przygody mają napędzać wykreowany przez autora świat. Ten koncept jednakże nie spotyka się z uznaniem naszej bohaterki i postanawia ona w trybie ekspresowym opuścić Krainę Czarów. To jednak nie będzie łatwe; zarówno mieszkańcy jak i autor od dawna czekali na przybycie Alicji i nie zamierzają jej teraz stracić.

Lost Alice to darmowa (mikrotransakcje) autorska gra studia NTT Solmare, które przoduje na rynku mobilnych otome. W swojej ofercie zgromadzili już dziesiątki tytułów, których większość może się chlubić wysoką jakością wykonania oraz sprawiedliwymi zasadami gry. Niestety, jak to z grami na sprzęt mobilny bywa, Lost Alice i siostrzane produkcje wymagają od nas pewnych nakładów finansowych oraz czasowych, aby czerpać maksimum zabawy z rozgrywki. To nie Mystic Messenger, w którym płacimy klepsydrami tylko za nasze błędy (omijanie chatroomów) lub nową zawartość - tutaj wirtualną walutą będziemy szastać co chwilę i to za samo czytanie historii. Wszystko to, ponieważ Lost Alice (jak i prawie wszystkie gry od studia) posiadają tzw. system biletowy, o którym rozpisywałam się już przy okazji recenzji Lust in Terror Manor; do tematu jednak wrócę później, gdyż jest parę zmian, o których warto wspomnieć. Jednym ten system przypadnie do gustu, innym nie (sama za nim nie przepadam), niewątpliwie jednak tytuł warto sprawdzić, choćby ze względu na główną bohaterkę i świat wykreowany.

Kraina Czarów jest magicznym miejscem, nie mniej dziwnym od tego książkowego. Znajdziemy tutaj Szalonego Kapelusznika wraz z herbacianymi imprezkami, Królową Serc i jej karcianą gwardię, Kota z Cheshire o wyjątkowo atrakcyjnej ludzkiej aparycji...? No tak, na potrzeby gry otome postacie męskie dotąd w formie zwierzęcej (Kot, Marcowy Królik) otrzymały ludzkie sylwetki (jedynie Biały Królik pozostał futrzakiem, ale kto wie ( ͡° ͜ʖ ͡°)). Pozostałych mężczyzn z oczywistych względów odmłodzono i upiększono, nadając im w większości ciekawe i wyraziste charaktery. Pojawiają się również zupełnie nowe persony, nieposiadające odpowiedników na papierze, ale zerżnięte inspirowane dziełem QuinRose: Joker, Strażnik Czasu, As oraz autorskie twory studia: Król Szachów i tajemniczy jegomość z lustra. Jak na małą grę mobilną postaci jest naprawdę sporo, do tego wciąż dochodzą nowe, ponieważ produkcja jest nadal rozwijana (widać dobrze się sprzedaje).

Najważniejszą postacią w tytule jest oczywiście Alicja. Ale nie jest to zwyczajna bohaterka, bo tak charyzmatycznej i zaradnej protagonistki to ze świecą szukać! Nasza dziewuszka jest odważna, inteligentna, nieufna, uparta i dumna, co wcale nie odbiera jej zarazem typowego dziewczyńskiego charakteru. W scenach romantycznych wypada naturalnie, a zdarza się również, iż sama podejmuje inicjatywę. NTT Solmare mogłoby mentorować co niektórym studiom (tak, wskazuję na ciebie, Dogenzaka Lab) w tworzeniu inspirujących bohaterek.

Bohaterów, z którymi przyjdzie nam przeżyć indywidualne przygody jest na tę chwilę siedem, przy czym zapowiedziane są kolejne dwie. Historie dzielą się na trzy trylogie, każda skoncentrowana na innym motywie i postaciach. Wydane jako pierwsze ścieżki Luka, Kyle'a i Jokera tworzą trylogię Baśniopisarza (The Episode of Spinner of Tales); Owen, Sidd i Chronus to trylogia Strażnika Czasu (The Episode of Timekeeper) ; natomiast trylogię Serca (nie ma jeszcze oficjalnej nazwy) niedawno zapoczątkował Ace (kolejne dwie postacie w przygotowaniu). Z racji, iż wszystkie trzy historie mocno się od siebie różnią, oczywistym będzie ich oddzielne recenzowanie. W tym poście zatem chciałabym się skupić na wydanej jako pierwszej, i jako pierwszej przeze mnie ukończonej, trylogii Baśniopisarza.

W tej historii głównym zadaniem Alicji jest odzyskanie straconych przez bohaterkę wspomnień. W poszukiwaniach pomoże nam jeden z dostępnych kawalerów: Luke (Szalony Kapelusznik), Kyle (Kot z Cheshire) lub Joker. Ścieżki wszystkich panów są niestety zwodniczo podobne i zdecydowanie bardziej koncentrują się na relacji pary, niżeli wątku głównym. Mamy sporo zwiedzania, sporo dyskutowania, ale czuć, że na dłuższą metę donikąd to nie zmierza i jedynie w przypadku Kyle'a jest to zabieg całkowicie uzasadniony. Na plus natomiast można zanotować niepewne intencje co niektórych bohaterów - wszakże rezydenci Krainy Czarów sporo ryzykują, pomagając naszej protagonistce. Podsumowując, pierwsza trylogia jest przegadana i nie do końca przemyślana, wady te jednak można jej wybaczyć, choćby tylko ze względu na to, iż wyszła jako pierwsza.


Wrażenia z poszczególnych ścieżek (kolejność rozgrywki): 

 

Kyle, Kot z Cheshire
Zadaniem Kyle'a jako Kota z Cheshire jest wodzenie za nos Alicję, tak aby ta nigdy nie odzyskała swoich wspomnień ani nie odnalazła drogi do świata rzeczywistego. Ale jego "ofiarą" nie pada tylko Alicja; chłopak mami również gracza swoją uprzejmością i wątpliwą lojalnością, którą dość szybko bohaterce deklaruje. Kyle jest ekscentryczny i tajemniczy, a przyklejony do jego twarzy uśmiech wzbudza jedynie nieufność. Czy bohater, którego jarzmo jest najcięższe ze wszystkich może mieć dobre intencje?

Widać mam dobrego nosa do rysowanych facetów, gdyż to kolejny przypadek kiedy rozpoczynam grę ścieżką najlepszego bohatera. Kyle nie ma sobie równych wśród pierwszej trójki; jest to w zasadzie jedyna postać z zauważalną głębią i intrygującym, nieprzewidywalnym scenariuszem. Uwielbiam wielowymiarowych pseudo złoczyńców, do tego z tragiczną historią, dlatego Kyle jest moim zdecydowanym faworytem.

Joker
Joker już przy pierwszym spotkaniu wydaje się być typem spod ciemnej gwiazdy, co zresztą wkrótce zostaje potwierdzone przez innych mieszkańców Krainy Czarów. Jak się okazuje, chłopak jest przestępcą, do tego już raz ukaranym za pewną zbrodnię, stąd jego wyalienowanie i samotna tułaczka. Mimo, iż zdrowy rozsądek radzi szeroko omijać typa, zakazana wiedza posiadana przez niego może przydać się Alicji w ucieczce.

Powyższy opis może brzmieć zachęcająco, jednakże postać Jokera to tylko ładna wydmuszka. Początek zapowiada się bardzo ciekawie, sam chłopak wypada tajemniczo, ale szybko zauważamy, że Joker ani nie jest niebezpieczny, ani nie towarzyszy Alicji z czystej ciekawości (lub zaspokojeniu żądzy napawania się nieszczęściem innych). To po prostu typowy good guy, który czasami lubi się podroczyć i zgrywać twardziela. Dla mnie, zmarnowany potencjał.


Luke, Szalony Kapelusznik
Szalony Kapelusznik, inaczej chodzący katering, to trzecia spotkana przez Alicję postać, i jedyny kawaler, którego intencje od początku są dobre i szczere - chronić dziewczynę za wszelką cenę. Poza złotym sercem, stylem emo oraz upierdliwością w pozostałych ścieżkach chłopak nie charakteryzuje się zupełnie niczym i łatwo zapomnieć o jego egzystencji. Mi zdarzyło się tego uniknąć tylko dlatego, że ktoś musiał napisać ten tekst.

Przechodząc do meritum, Luke to (moim zdaniem) najgorsza postać w całej grze, wliczając wszystkich kawalerów. Gość jest tak nudny i nijaki, iż nie miałam siły czytać jego kwestii i od połowy opowieści śledziłam jedynie główne wydarzenia. Postać zrobiona kompletnie bez pomysłu, nie odznaczająca się niczym.


* * *


Postaci pobocznych jest w grze jak na lekarstwo ale te, które już istnieją nadrabiają braki designem i tajemniczą aurą. Najbardziej w oko rzucają się Królowa Serc z wiecznie zakrytą twarzą oraz Baśniopisarz, który w sercach mieszkańców wzbudza po równo strach i respekt. Reszta bohaterów pojawia się epizodycznie i nie gra większej roli w narracji, miło jednak widzieć, że Kraina Czarów nie jest światem pustym.



Każdy z kawalerów posiada po trzy zakończenia: szczęśliwe (destined love), normalne (promised future) i złe (heartbroken). Finał historii jest determinowany za sprawą naszych wyborów, co ciekawe jednak, nawet wypełniając pasek sympatii po brzegi, nadal możemy wybrać inny ending, niż ten najlepszy. Za każdorazowe przejście gry otrzymujemy pakiet wirtualnej waluty i przedmiotów (ilość i jakość w zależności od "trudności" zakończenia), co jest bardzo miłym gestem i wielką pomocą przy starcie kolejnej ścieżki. Warto jednak pamiętać, iż ze względu na system biletowy (o którym więcej za chwilę) w żaden sposób nie możemy wczytywać gry ani powracać do wcześniej przeczytanych momentów (wyjątkiem są króciutkie, opcjonalne sceny romantyczne, za które musimy zapłacić).


* * *

Mechanika gry


Lost Alice działa na zasadach free to play, jednak darmowa rozgrywka oznacza sporo wyrzeczeń. Co cztery godziny otrzymujemy jeden story ticket, dzięki któremu możemy przeczytać kawałek historii. Każda ścieżka składa się z trzynastu rozdziałów (i zakończenia), te natomiast dzielą się na części, zazwyczaj od siedmiu do jedenastu. Jeden ticket popycha fabułę do przodu o jedną "część", także zanim dobrniemy do finału mogą upłynąć tygodnie. Aby było jeszcze trudniej, maksymalna pula biletów wynosi pięć; gdy dobrniemy do tej liczby, nowe tickety przestaną się produkować. W przeciwieństwie do gier od Abracadabry, "nadprogramowych" biletów można mieć nieograniczoną ilość, a dostajemy je w ramach nagrody lub kupując je za gotówkę.

Gra posiada trzy typy waluty: lapis, wonda oraz power. Lapisy można zdobyć na trzy sposoby: kupując za kasę, wykonując codzienne misje  lub otrzymać w nagrodę. Służą one głównie do przebierania naszego awatara w ciuchy premium. Wondę, podobnie jak powyżej, jest używane do zakupu ubrań, te jednak ze względu na łatwość zdobywania waluty w minigrze, są gorszej jakości. Power przydaje się do odnowienia energii w minigrze.

Na pewnych etapach historii pojawią się checkpointy, których ukończenie pozwoli nam brnąć dalej. Są dwa rodzaje "misji": attitude oraz sugar checkpoint. Pierwszy typ polega na zakupie odpowiedniej kreacji i zaprezentowania się w niej bohaterowi Ciuchy do wyboru są zawsze dwa: jeden dla burżujów - ładniejszy dla oka i atrakcyjniejszy dla bohatera, ale do kupienia wyłącznie za lapisy oraz wersja dla plebsu - brzydszy pod każdym względem, lecz dostępny za wondę (złoto). Na dłuższą metę wybór nie ma absolutnie znaczenia, prócz tych kilku wypowiadanych przez danego chłopaka linijek, jednak droższe stroje dają więcej punktów, a im więcej punktów, tym łatwiej nam rozgrywać minigry.


Sugar points są mocno powiązane z minigrami. Jeszcze na początku roku te były ciekawe i (nawet) angażujące, gdyż polegały na łapaniu przelatujących po ekranie słodyczy. Teraz jedyna dostępna minigra polega na porównywaniu statystyk naszego awatara z postacią innego gracza. Zmiana zdecydowanie debilna na gorsze, ponieważ nie mamy żadnego wpływu przebieg rozgrywki. Statystyki przeciwnika są ukryte, widzimy jedynie co ma na sobie, ale jest to bez znaczenia, ponieważ sumowane są punkty całej szafy, a nie tylko obecnie założonych ubrań. Nasz przeciwnik może na obrazku stać w samym bikini i bokserkach a i tak wygrać, gdyż ma całą szafę zawaloną ciuchami premium.

Punkty zdobywane za zwycięstwo w minigrze są niezbędne do przejścia sugar checkpoint, które pojawia się ok. pięciu razy w ciągu jednej ścieżki. Gra jest, niestety, zaprogramowana tak, aby trafiając na checkpoint, musielibyśmy poczekać i wyfarmić wymaganą ilość punktów. Niektóre progi punktowe są absurdalne, np. w jednej historii musimy uzbierać siedem tysięcy punktów na przestrzeni pięciu biletów, czyli jednego dnia. Mi zajęło to tydzień.

Podsumowując, system biletowy najlepiej posłuży umiarkowanym graczom - którzy specjalnie nie przywiążą się do historii, ale wystarczająco często będą do niej wracać, aby nabijać punkty niezbędne do pokonania checkpointów. Maniacy Lost Alice mogą się frustrować wymogami farmienia i czekania na nowe bilety, natomiast casuale będą aż do znudzenia zatrzymywać się na "bramkach kontrolnych".

* * *


Lost Alice nie posiada voice actingu, ale w tle cały czas przygrywają nam skoczne kawałki. Utworów muzycznych jest całkiem sporo i większość jest miła dla ucha. OSTu można posłuchać legalnie na youtubie.

Każdy jeden bohater posiada łącznie trzynaście różnych CG, z czego trzy (z prologu) są wspólne. Ilustracje są prześliczne, pełne żywych kolorów i przedstawiające scenę, mającą jakieś znaczenie dla całej historii.


Tła w grach visual novel od zawsze były moim oczkiem w głowie, i tutaj wypadają one fenomenalnie. Jest ich naprawdę dużo, większość z nich jest mocno surrealistyczna, oddając tym samym idealnie klimat Alicji w Krainie Czarów. Cieszy również fakt, że twórcy zaimplementowali opcję ukrycia tekstu, aby móc nacieszyć oko tymi cudeńkami. Najlepsze jest jednak to, że wraz z kolejnymi bohaterami i historiami dochodzą również nowe tła.


Poza głównymi ścieżkami jest w Lost Alice jeszcze sporo do roboty. Wręcz co chwilę jesteśmy zasypywani eventami, w których możemy zdobyć unikalne ubrania, przedmioty wspomagające rozgrywkę oraz specjalne historie poboczne, te jednak wnoszą niewiele do całej historii. Znacznie ciekawsze są spin-offy, najczęściej mieszające opowieść o Alicji z innymi baśniami lub świętujące urodziny danego bohatera. Te nagradzają nas na końcu przepiękną ilustracją (jak ta poniżej) i strojami, ale wymagają w zamian sporej ilość gotówki. Na szczęście po ukończeniu każdej ze ścieżek otrzymujemy za darmo historię poboczną z wybranym przez nas bohaterem.


Lost Alice jest niewątpliwie jedną z lepszych tytułów na sprzęt mobilny, dodatkowo całkiem popularną, zważywszy na to, iż otrzymała port na serwisie Facebook. Nie mam pojęcia jak działa owa wersja ani czy są zauważalne różnice w rozgrywce, ale zachęcam wszystkich do zapoznania się z tytułem, czy to na smartfonie, czy komputerze.

W tytule posta nie przypadkowo umieściłam "cz. 1/3". Przeszłam już historie kolejnej trójki: Owena, Sidda i Chronusa i zamierzam wkrótce krytycznie na nie spojrzeć :) Obecnie jestem za połową ścieżki Ace'a i tutaj zatrzymam się na dłużej, gdyż będę chciała upchnąć go wraz z pozostałą (jeszcze niedostępną) dwójką. Trochę przyjdzie nam poczekać, ale czuję, iż bardziej warto (P.S. historia Ace'a jest super <3).


* * *


Szczegóły wydania:
Cover artDeweloper/wydawca: NTT Solmare
Data wydania: 2016
Gatunek: otome / visual novel
Platforma: Android / Facebook
Łączna liczba ścieżek: 7 + (dalsze powstają)
Voice acting: brak
Animacje postaci: brak

Do kupienia / ściągnięcia na:
Wersja cyfrowa: Google Play


Mystic Messenger | Ścieżka... V?


Ponad rok czekania, ale się doczekaliśmy! Jeszcze tylko Unknowna do szczęścia brakuje ^^


Wraz z ostatnim update'em Cheritz wprowadziło nowy wygląd HUBa (menu) w grze, ale co ciekawsze, na jednym ze screenów Koreańczycy pośrednio potwierdzili wprowadzenie do tytułu ścieżki V.

Niecały rok temu popełniłam post na temat nowych ścieżek (V oraz Unknowna) pod kątem zasadności ich wydania - to, że fani ich chcą, niekoniecznie oznacza, iż fabularnie będą one pasować do już wykreowanego świata gry. Gwoli przypomnienia, V jest zakochany w Rice, a z powodu swojej przypadłości oraz nieobecności na czacie RFA, jest kandydatem co najmniej problematycznym  (dla niektórych wręcz niemożliwym) do otrzymania swojej romantycznej historii z bohaterką. Co innego Unknown, ale ponieważ (na razie) nie dostaliśmy żadnych przesłanek odnośnie jego historii, skupmy się na błękitnowłosym jegomościu.

Jak widać na screenie, ścieżka V znajduje się w nowej kategorii Another Story. Słowo another sugeruje, iż będzie to opowieść alternatywna, prawdopodobnie przedstawiająca inne wydarzenia, bądź ich część zostanie zmieniona, tak aby regularny kontakt bohaterki z V już z samego początku był możliwy. Co będzie potem, możemy tylko gdybać, podobnie jak, czy ścieżka będzie historią romantyczną czy z chłopakiem doświadczymy zaledwie przyjaźni (jak to było w przypadku Jaehee).

Ponieważ nową ścieżkę umiejscowiono wraz z innymi, możemy być pewni, że ani długością ani strukturą nie będzie znacznie odbiegać od "starych" historii (co innego, gdyby znalazła się w kategorii DLC). To z kolei oznacza, iż ścieżka najprawdopodobniej będzie darmowa, aczkolwiek tego nigdy nie można brać za pewnik.

Pewne jest jedyne to, że nie ma co wieszać psów na Cheritz tylko dlatego, że nie podoba nam się cały koncept (osobiście marzę o ścieżce Unknowna, ale V też jest ciekawą opcją). Firma miała ponad rok na przemyślenie tego typu spraw, także na pewno zaserwują nam opowieść nie gorszą od tych "kanonicznych". Bądźmy dobrej myśli :)

Data premiery to sierpień 2017.
Created by @ShintaWorld. Check out her deviantart profile!




Źródło: Cheritz fb


Recenzja | Princess of the Moon (Rudy)


Doświadczyłam gier złych, niedopracowanych, głupich i nudnych, ale nigdy bym nie przypuszczała, że jakikolwiek tytuł może mnie obrazić. Princess of the Moon ta, z pozoru niemożliwa, sztuka się udała.


Przepraszam, że zacznę od końca, ale zanim przejdę do meritum, muszę dać upust moim emocjom. Ścieżka Rudiego w Princess of the Moon to, k####, dramat. Ona nawet nie jest zła, ona jest szkodliwa. Narzekaliście kiedykolwiek na główną bohaterkę? Wkurzały was protagonistki od Dogenzaka Lab? To was zaskoczę. Princess of the Moon wprowadza zupełnie nowy poziom zażenowania.

Pierwszy raz na usta ciśnie mi się tyle słów na raz, głównie przekleństw, które idealnie oddają ducha gry, ale postaram się uporządkować myśli. O czym w ogóle jest to g... ta gra?

Kazuko przyjeżdża do jakiegoś bogatego państwa na staż czy do pracy, nie pamiętam właściwie po co, ale to w zasadzie najmniej ważna kwestia. Po nocy w hotelu okazuje się, że w mieście trwa jakieś święto i samochody są wyłączone z ruchu. Dziewczyna zastanawia się jak dotrze do nowego miejsca pracy, gdy do hotelu wpada grupka bogato wystrojonych mężczyzn. Okazuje się, że wszyscy są książętami z okolicznych państw a ich przyjazd ma związek ze świętem. Mężczyźni proponują dziewczynie podwózkę, ale ta odmawia i wybiega z budynku. Kazuko nieokreślony czas szwenda się po ulicach, aż ulewa zmusza ją do ukrycia się w jednym z budynków. Wchodząc do środka, dziewczyna ponownie spotyka książęta, którzy z miejsca tytułują ją "księżniczką księżyca" (serio, tak było). Mężczyźni wyjaśniają jej, że wedle tradycji, jeśli dziewczyna wejdzie akurat tego dnia do tego akurat budynku zostaje "księżniczką księżyca" i ma poślubić księcia, którego uzna za najlepszego kandydata na króla.

Okej, na tym etapie pewnie zastanawiają was dwie rzeczy. Pierwsza: po co książęta przyszli do hotelu, w którym nocowała bohaterka? W końcu nie był to pięciogwiazdkowy przybytek, więc nocleg odpada. Druga: co jest złego w tej historii? Już spieszę z wyjaśnieniami. "Księżniczka księżyca" musi wybrać jednego spośród książąt na króla, zamieszkać z nim na trzy miesiące, po czym poślubić, tyle że żadnego z książąt nie zna. Z jednym czy z drugim zamienia słowo w hotelu, a potem spotykają się dopiero podczas wyboru. Co zatem robi bohaterka w takim wypadku? Oczywiście wybiera tego, który wydaje jej się fajny. Tym sposobem Kazuko wiąże się z jednym z mężczyzn i udaje się z nim do jego rezydencji. Większość z was pewnie nadal nie rozumie, co jest nie tak z tą historią? Właśnie przechodzę do najlepszej części. To, że bohaterka wybrała któregoś z mężczyzn nie ma absolutnie znaczenia, gdyż każdy z pozostałych kandydatów może ją legalnie porwać i przymusić do zmiany decyzji. Jaki sens ma zatem ten cały obrządek? No właśnie...

Nie widać tego na pierwszy rzut oka, ale fabuła Princess of the Moon (przynajmniej w ścieżce Rudiego) koncentruje się głównie na stosunkach intymnych bohaterki z jej wybrankiem. Zbliżenia są zresztą w zabawny sposób usprawiedliwione tym, że wedle tradycji "księżniczka księżyca" co miesiąc, podczas pełni musi uprawiać seks z księciem (kto to, k####, wymyślił?). Po co? Co się stanie, gdy do stosunku nie dojdzie? Czy gwałt też się liczy? Te pytania oczywiście pozostają bez odpowiedzi.

No, po prostu ideał mężczyzny.
Co do gwałtu... Bez owijania w bawełnę, pierwsze akty seksualne na bohaterce są absolutnie pozbawione jej zgody. Wygląda to tak, że nastaje noc, przychodzi bohater i robi z nią co chce. Paradoksalnie, to jeszcze nie jest najgorsze. Najgorsze jest to, że u protagonistki po tym pierwszym razie pojawia się zespół maltretowanej żony! Yay! Co z tego, że facet ją wziął siłą? Co z tego, że ją nadal molestuje? Co z tego, że jest osobą chorą psychicznie? Ona i tak się w nim zakochuje i z czasem zaczyna go rozgrzeszać! No, ja, k####, nie mogę!

Ale już dość tej rozciągłej analizy. Na dzień dzisiejszy do wyboru mamy trzech bohaterów (gdy ja rozpoczynałam rozgrywkę było ich tylko dwóch): Alph, Rudy i Sera (który znalazł się w grze niedawno).  Mając do wyboru sadystę oraz osobę psychicznie chorą, wybrałam tego drugiego i tym sposobem rozpoczęłam historię Rudiego (czego do dziś żałuję).

Od razu uprzedzam - cały wywiad o Rudim jest pełen spoilerów. Nie będę się pieścić, skoro i tak nie polecam wam grania w tę ścieżkę.

Jeśli graliście w The Amazing Shinsengumi a konkretnie w historię Heisuke, już wiecie czego się spodziewać. Rudy jest dzieckiem w ciele dorosłego, a w zasadzie głupim i rozpieszczonym dzieckiem w ciele dorosłego. Facet nie ma absolutnie żadnych zahamowań, jeśli chodzi o kontakty fizyczne z bohaterką, czego najlepszym przykładem jest scena balu na statku, w której koleś dobiera się dziewczynie do majtek na oczach tłumu (dosłownie podnosi jej suknię i wędruje palcami po okolicach bikini). Brak mu empatii i poszanowania dla drugiego człowieka, bo cały świat oczywiście kręci się tylko wokół niego.

Gdzieś na początku historii dowiadujemy się, iż Rudy ma swój prywatny harem w innej posiadłości. Jak na tę wieść reaguje Kazuko? No, jest jej smutno. I tyle. Mając do wyboru rzeszę innych kandydatów trzyma się Rudiego jak rzep psiego ogona, chociaż absolutnie nie jest z nim szczęśliwa. Co ciekawe, wszystkie inne kobiety wprost przepadają za kolesiem - gdy Kazuko przyjeżdża do rezydencji chłopaka, księcia atakuje zazdrosny facet, którego narzeczona dołączyła do haremu Rudiego. Już sama nie wiem, czy to jest bardziej komiczne czy głupie?

Jak się okazuje w dalszej historii, Rudy jednak nie jest aż takim lekkoduchem, jakiego zgrywa. Rudy ma również kompleksy. Pierwszym jest.. dawna przegrana z Alphem w pojedynku na miecze... która widać tak dogłębnie nim wstrząsnęła, że koleś do dzisiaj się nie pozbierał. Wow. Drugim jest... strach przed spaniem samemu... Rudy tłumaczy, że gdy w łóżku nie towarzyszy mu kobieta, śnią mu się koszmary. Po to zresztą utworzył swój harem, aby sypiać z kobietami - dosłownie, bez podtekstów seksualnych.

Warto również wspomnieć w jaki "cudowny" sposób bohaterka przekonała się do Rudiego. Otóż po tych wszystkich "upojnych" nocach i publicznym obmacywaniu, Kazuko odkrywa, że chłopak szyje pluszaki swoim siostrom. Widząc to, bohaterka stwierdza, że Rudy to jednak spoko gość. Pozostawiam to bez komentarza.

Swoją drogą, Rudy nie raz udowodnił, że absolutnie nie nadaje się na króla. Szasta hajsem na prawo i lewo; w końcowej scenie wysypuje wór klejnotów do strumienia (bo taką miał zachciankę), zamiast przeznaczyć je na coś pożytecznego (co sama bohaterka mu wypomina). Facet wydaje się w ogóle nie interesować swoim krajem, skupia się za to wyłącznie na sobie i intymnych częściach ciała bohaterki.

A jak wypada sama bohaterka? Tu jest właśnie pies pogrzebany. Protagonistka została przedstawiona w obraźliwy, seksistowski sposób jako lalka do zabaw łóżkowych. Kazuko absolutnie nie ma własnego charakteru i za grosz asertywności. Nie potrafi się przeciwstawić atakom ze strony Rudiego ani nawet się na gościa obrazić za to, co jej robi. Jest uległa wobec jego wszelkich zachcianek i nie widzi w nich nic złego! Wygląda to tak jakby dla bohaterki gwałt i molestowanie były na porządku dziennym - widocznie dla niej to normalne, że mężczyzna siłą rości sobie prawo do jej ciała. Brawo, Abracadabro! Brawo, za to, czego uczycie młode kobiety! Oby tak dalej!!

P.S. Daleko mi do bycia feministką.
P.S.2. Rozumiem, że niektórym podobają się historie, w których facet jest zarówno kochankiem, jak i katem. Nie mi to oceniać, ale gra jest przeznaczona dla ludzi od 16 roku życia, także czy tego typu treści są odpowiednie dla nastolatków? Nie sądzę...

W innej recenzji spotkałam się z opinią, iż w grze doświadczymy konspiracji i intryg ze strony pozostałych książąt. No... nie. Bynajmniej nie w historii Rudiego. Tutaj jedyną "intrygą" jest próba uprowadzenia bohaterki, by ją zmusić do zmiany wybranka. Cała reszta historii to dnie spędzone z Rudim, noce spędzone z Rudim, spacery z Rudim i inne tego typu pierdoły.

Graficznie Princess of the Moon nie różni się zbytnio od poprzedniej gry studia, Lust in Terror Manor. Tutaj na pewno lepiej wypadają tła - jest ich znacznie więcej i widać ktoś nad nimi przysiadł. Powracają za to problemy z tekstem. Ten lubi się "wylewać" przy dłuższych zdaniach i ponownie poskąpiono na edytora, który by się tym zajął. Błędów ortograficznych i składniowych jest sporo, ale do tego już chyba zdążyliśmy się przyzwyczaić.

* * *

Mechanika gry

O mechanice gry, wspólnej dla wszystkich tytułów Abracadabry, rozpisywałam się już przy okazji recenzji Lust in Terror Manor.

* * *

Na koniec chciałabym przeprosić za pogardliwy ton recenzji i masę jadu skierowanego w stronę Princess of the Moon. Proszę mi wierzyć, naprawdę starałam się podejść do tego łagodnie, z dystansem, ale kiedy tylko postawiłam pierwsze litery, powróciły wszystkie emocje towarzyszące mi podczas rozgrywki.

Chciałabym również podkreślić, iż ścieżka Rudiego jest tylko jedną z trzech (na chwilę obecną) dostępnych i pozostałe dwie mogą reprezentować inny poziom. Aktualnie rozgrywam historię Sery i ta wypada o niebo lepiej. Po ukończeniu na pewno pokuszę się o jej recenzję, by zabić niesmak wywołany powyżej opisywaną historią.

 

* * *



Szczegóły wydania:
Deweloper/wydawca: Abracadabra Inc.
Data wydania: 9 stycznia 2017 (?)
Gatunek: otome / visual novel
Platforma: Android
Łączna liczba ścieżek: 3 + (dalsze powstają)
Voice acting: brak
Animacje postaci: brak

Do kupienia na:
Wersja cyfrowa: Google Play


Recenzja | Lust in Terror Manor (Hayato & Rui)


Trochę już siedzę w mobilnych otome i nadal nie mogę się nadziwić jak niektórzy twórcy są pazerni na kasę. Mystic Messenger udowodnił, że opłaca się robić wysokiej klasy produkcje z uczciwym i przejrzystym systemem płatności, a mimo to niewielu bierze z niego przykład. Absolutnie nie pochwalam dojenia graczy na każdym kroku, ale są takie gry, którym warto dać ten jeden palec (jeden, i tylko jeden).


















Lust in Terror Manor odrzuciło mnie już na początku swoim sugestywnym tytułem, ale dałam grze szansę i się miło zaskoczyłam. Spodziewałam się przede wszystkim "lust", a dostałam głównie "terror".


Recenzja | Toki no Kizuna ~Sekigahara Kitan~


Wiele dobrego zawdzięczam tytułowi Hakuoki, przede wszystkim rozpalenie mojej pasji względem gier otome oraz masę zabawy z rozgrywki. I chociaż uwielbiam przygody Shinsengumi, bardziej pociągały mnie historia Kazamy i niesnaski między demonami a ludźmi, te jednak nie były w żaden sposób rozwinięte. Grę Toki no Kizuna znalazłam przypadkiem, wertując aplikacje na Google Play. Gra od razu przyciągnęła moją uwagę (ładniejszą od googlowych produkcji) grafiką oraz niewielkim znaczkiem "Idea Factory" w rogu. Pieniądze wyfrunęły z portfela natychmiast, a ja doznałam szoku, dowiadując się, że gra jest prequelem do serii Hakuoki, w dodatku z demonami w rolach głównych.

Akcja rozgrywa się na przełomie XVI i XVII wieku niedługo po śmierci "zjednoczyciela" Hideyoshiego Toyotomi, co ponownie sprowadza na Japonię widmo wojny domowej. Konflikt oglądamy z perspektywy rasy demonów - istot zbliżonych wyglądem do ludzi, lecz posiadających ogromną siłę i wyjątkowe umiejętności. Demony żyją w porozrzucanych po Japonii małych osadach, zwanymi klanami, i szerokim łukiem omijają ludzi z powodu dawnych zatargów. Kiedy kolejna wojna staje się faktem, demony, jak to mają w zwyczaju, odcinają się od niej i obojętnym wzrokiem śledzą przebieg wydarzeń. Wszystko komplikuje się jednak, gdy konflikt ostatecznie zagląda i do ich osad.

Yukina Suzumori jest jedną z dziesięciu przywódców demonich klanów zrzeszonych pod nazwą Przymierza. Dziewczyna, choć młoda i wciąż pobierająca nauki, wedle tradycji służy za ochroniarza księżniczce Yase, głowie całej demoniej społeczności. Pewnego dnia księżniczka zwołuje pozostałych przywódców klanów do swojej siedziby, aby obwieścić im swój proroczy sen. Z pozostałej dziewiątki napływa jedynie czterech przedstawicieli: Chitose, Kazuya, Kazutake i Shin. Księżniczka prosi zgromadzonych, aby nie interweniowali w sprawy ludzi i zerwali wszelkie łączące ich z nimi relacje, o ile do takich doszło. Niedługo potem następuje zamach na jej życie i nieznany osobnik podaje Yase narkotyk, po którym zapada ona w śpiączkę. Po utracie lidera, starszyzna jak i młodzież wyruszają tropem złoczyńcy, który prowadzi bohaterów prosto w zarzewia ludzkiej wojny.

Toki no Kizuna to opowieść o dwóch, równoległych światach, których wzajemne uprzedzenia niosą ze sobą fatalne dla obu ras skutki. Z jednej strony mamy próżnych i chciwych ludzi, wywołujących wojny o różnego rodzaju korzyści, z drugiej demony, pragnące jedynie żyć w pokoju. I choć wydaje się, że to podział bardzo jednostronny, gra szybko zaciera granice między jedną rasą a drugą, biorąc sobie za cel obalanie stereotypów. Tytuł w ciekawy sposób łączy losy demonów z ludźmi, stawiając naprzeciwko nim wspólnego wroga, którego intrygi jednak sięgają głębiej, niż się z początku wydaje. Bohaterowie będą musieli pokonać tradycję oraz uprzedzenia, aby razem obalić zagrażające całemu krajowi niebezpieczeństwo.


Podobnie jak w Hakuoki, twórcy za część obsady obrali postacie historyczne odpowiadające danemu okresowi. Demoni bohaterowie są oczywiście zmyśleni, jednakże biorą udział w wydarzeniach, które faktycznie miały miejsce. Toki no Kizuna łączy się z przygodami Shinsengumi bardzo subtelnie, podając nam na tacy drobne smaczki, które i tak wywołują szeroki uśmiech na ustach.

Jestem pełna podziwu dla twórców za to jak fenomenalną historię nam przedstawili. Może nie jest to do końca mistrzostwo świata, gdyż opowieść ma swoje wady, jednak została napisana perfekcyjnie. Fabuła dosłownie "płynie", czuć, że każda scena jest na swoim miejscu i czemuś służy. Wszystkie wydarzenia, czy to pełna napięcia akcja, czy narady w czterech ścianach, wypadają naturalnie. Nic tu nie jest dodane na siłę, szczególnie elementy humorystyczne, które pojawiają się tylko wtedy, gdy są naprawdę niezbędne do ulżenia ponuremu klimatowi. Tempo akcji jest wyważone perfekcyjnie i prócz pojedynczych scen ekspozycyjnych nie idzie się nudzić. Dodatkowo co jakiś czas śledzimy wydarzenia z perspektywy innych bohaterów, w tym głównej piątki, ludzkich postaci oraz złoczyńców.
 
Tym, co najbardziej ujęło mnie w grze to fantastyczne ukazanie rozmachu wojny z perspektywy jednostki. Zarówno Yukina, jak i jej towarzysze, są malutkimi trybikami w ogromnej machinie napędzanej przez zwaśnionych lordów, ale nawet ci, choć zawiązują sojusze i dowodzą ruchami wojsk, są jedynie pionkami rozgrywanymi przez jeszcze zdolniejszych intrygantów. Wojna wybucha, mimo że nikt tak naprawdę jej nie chce, i żyje własnym życiem, nieokiełznana przez żadną z sił.

Protagonistką historii jest Yukina, młoda przywódczyni jednego z demonich klanów. Yukina jest bystrą, sumienną dziewczyną, emanującą ambicją i chęcią polepszania zdolności bojowych. Swoją funkcję piastuje z najwyższą powagą, i stara się jak najlepiej przysłużyć się księżniczce i całemu Przymierzu. Bywa sztywna i nierozrywkowa, do tego nie zna się na żartach oraz mylnie odbiera zaloty kawalerów, jednakże ma to swój urok. Jej charakter odrobinę dryfuje między ścieżkami, i raz jest bardziej pasywna, innym razem sama przejmuje inicjatywę oraz wynajduje rozwiązania na dręczące jej towarzyszy problemy, jednakże zawsze jest to postać odważna, silna i niezwykle uparta, której niestraszne porażka i poświęcenie (zdecydowanie najlepiej wypada w ścieżce Kazuyi, gdzie jest po prostu bad assem). 

Dziewczyna podczas przebiegu fabuły zalicza również wewnętrzną przemianę; z początku nie widzi siebie jako jednostkę, a jako część Przymierza, jest posłuszna demonim nakazom oraz niechętna kontaktom z ludźmi. Jej myślenie zmienia się wraz z zawiązaniem pierwszej relacji z człowiekiem - zaczyna odkrywać świat na nowo, jak i rosnące w niej uczucia, do tego zauważa niesprawiedliwość w pielęgnowanych przez stulecia tradycjach demonów. Yukina jest przesympatyczną bohaterką, i obok Saki ze Sweet Fuse jest to moja ulubiona protagonistka ze wszystkich gier otome. Do tego ten design

Yukinie w wyprawie do świata ludzi towarzyszyć będzie czwórka męskich bohaterów: Chitose, Kazuya, Kazutake i Shin. Młodzi przywódcy klanów mają swoje za uszami, ale dzięki łamaniu zakazów i tradycji zyskali dostęp do władców feudalnych. Przed protagonistką stoi zadanie wyboru jednego z towarzyszy i udania się na pomoc związanemu z nim lordowi. Dziewczyna może również pozostać w wiosce i zaopiekować się nieprzytomną księżniczką, jednakże nawet wtedy nie ma co liczyć na pomyślny obrót spraw.

Toki no Kizuna oferuje pięć unikalnych ścieżek wydarzeń. Cztery historie koncentrują się na czterech towarzyszach bohaterki, piąta natomiast na przywódcy wygnanego klanu, nastoletnim Senkimaru, który przybył do wioski na zaproszenie samej księżniczki Yase. 

Warto również wspomnieć, że gra podobnie jak Hakuoki nie opiera się głównie na romansie. Na pierwszym miejscu stoi fabuła i minie bardzo dużo czasu zanim na ekranie wykwitnie coś więcej między bohaterami. W jednej ze ścieżek będziemy musieli poczekać aż do samego końca na otwarte wyznania i gesty. Ma to jednak swoją zaletę, którą jest płynne, a zarazem naturalne przedstawienie zmian w relacji pary. Jest kilka scen, w których łatwo dostrzec zmieniające się uczucia bohatera do protagonistki, jednakże każdy dialog to mały krok w stronę ocieplenia stosunków. Przez dłuższą część gry nie będziemy wiedzieli na czym dokładnie stoimy, i ta niedogodność wspaniale buduje klimat produkcji.


Wrażenia z poszczególnych ścieżek (kolejność rozgrywki):

Kazuya | VA: Hiroshi Kamiya

Kazuya jest drugą napotkaną przez Yukinę postacią i zarazem przywódcą jednego z klanów.  Bohater daje się poznać jako osoba chłodna, trudna w obejściu, zamknięta w sobie i nieufna nawet wobec swoich towarzyszy. Pierwsze rozmowy z Kazuyą nie należą do przyjemnych; chłopak zachowuje się jak wiecznie zezłoszczony gbur  lub pogrąża się we własnych myślach. Jak można się domyślić stan ten jednak nie utrzyma się długo, gdy podążymy jego ścieżką.

Ścieżkę Kazuyi nie bez powodu rozgrywałam dwa razy, jako pierwszą i ostatnią historię w grze - musiałam się upewnić, że nie pokochałam jej tylko dlatego, że rozpoczęłam nią tytuł. Oczywiście kolejność nie miała żadnego znaczenia, to zwyczajnie historia jest tak dobra. Jak wspominałam przelotem wcześniej, Yukina w tej opowieści rozwija skrzydła - jest bystra, silna, charyzmatyczna  i, co zabawne, swoim charakterkiem potrafi trzymać chłopaka pod pantoflem. Sam Kazuya wypada równie rewelacyjnie - paradoksalnie najbardziej oschły na zewnątrz bohater okazuje się podążać za głosem serca i walczyć ze skonfliktowanymi uczuciami w duszy. Jest to również najsłodsza postać w grze, ze swoimi wadami i nieporadnością wypowiadania myśli na głos. Ścieżka jest bez dwóch zdań moim faworytem, aczkolwiek wszystkie pozostałe depczą jej po piętach.

"... I'm not so good at smiling."
Chitose | VA: Kentaro Ito

Chitose jest typowym głównym bohaterem; jest pogodny, przyjacielski, pewny siebie, odważny jak lew, ale do tego niezbyt rozgarnięty i kłótliwy. Krew prędko uderza mu do głowy przez co pierwszy garnie się do bitki, a obdarzony najmniejszą sympatią przez bohaterkę strzela buraka. Chłopak, choć z początku wydaje się szczery i ufny, tak naprawdę ma sporo za uszami. Mimo wszystko jest to postać pełna ciepła i dobroci.
 
Chitose jest naturalnym wyborem podczas pierwszej rozgrywki, jako że jest najsympatyczniejszą i najbardziej otwartą postacią z drużyny. Trzeba się zatem nieźle starać, aby go nie polubić. Z drugiej strony początkowo wychodzi na okropnego hipokrytę i obłudnika, ale to tylko dodaje historii pikanterii. Świetnie się bawiłam podczas ścieżki, jednak zabrakło mi tej głębi, którą odkryłam w poprzedniej i dwóch kolejnych opowieściach. Do gustu przypadła mi natomiast niejednoznaczność relacji z protagonistką, gdzie tak naprawdę do pewnego momentu nie wiemy co dokładnie łączy tę dwójkę. 

"It must be tough for you to talk to a human like that, having been raised as a demon chieftain, right?"
Kazutake | VA: Kenji Nomura

Kazutake to kolejny przywódca klanu, tym razem charakteryzujący się taktem, powagą i łagodną naturą, szczególnie względem pań. Przypomina starszego brata, ze swoim złotym sercem, zrozumieniem i cierpliwością, choć potrafi być surowy i nieznoszący sprzeciwu, gdy to konieczne. Nie szuka z nikim zwady i zachowuje się nad wyraz dojrzale, czym zjednuje sobie sympatię innych. Bohaterka szybko łapie z nim dobry kontakt, nawet w pozostałych ścieżkach.

Historia bohatera jest akurat tą, która rozwija się najwolniej i ma najmniej romantycznych momentów, jednak wcale nie ujmuje jej to uroku. Z jednej strony można czytać między wierszami, a nieobecne dopowiadać sobie wedle woli, z drugiej zakończenie jest bardzo satysfakcjonujące, zdecydowanie warte rozgrywki. Sam Kazutake jest postacią sympatyczną i podnoszącą na duchu w chwilach słabości. Podobało mi się, że przekazywał swoje doświadczenie Yukinie, nie wymagając niczego w zamian i nawet nie przeszkadzało mi, gdy na pierwszym miejscu stawiał bezpieczeństwo bohaterki nad jej pragnieniami. Wyszło to naturalnie i w pełni zrozumiale. No i to super słodkie pacanie po głowie :)

"What are you talking about? No one's gonna want a woman who hides her emotions."















Shin | VA: Satoshi Hino
Kiedy większość ludzi żyje w przekonaniu o niecności demonów, klan Shina jest otaczany czcią i szacunkiem przez lokalnych władyków, którzy traktują ich z ostrożnością równą bogom. Shin nie daje ludziom sobie w kaszę dmuchać i jako jedyny nie bierze czynnego udziału w działaniach wojennych. Chłopak ma złośliwy i dwulicowy charakter - lubi okazywać uprzejmość i prawić komplementy, aby za chwilę obrócić swoje słowa w sarkazm. Do tego potrafi kłamać w żywe oczy.

Shin nie jest typem bohatera, za którym szczególnie przepadam, jednak to tyko osobiste preferencje i nie mam chłopakowi nic do zarzucenia. Podobało mi się wręcz jakim czasami okazywał się trollem wobec Yukiny, konfundując ją słowami i gestami. W ścieżce zabrakło mi natomiast "pierwiastka ludzkiego"; o ile w poprzednich historiach ludzki bohater był bardzo wyraźny, tutejsza postać umyka uwadze przez swój onieśmielony charakter. Oczywiście jest to nadal ciekawa osoba, po prostu gorzej wypada na tle pozostałych i nie czuć z nią więzi jak w innych ścieżkach. O wiele lepiej wypada główny złoczyńca, który napsuje krwi naszej parze.

"I see. I thought you were stubborn, ignorant and dim-witted, but it seems you are gradually learning how to use that head of yours a little better."
Senkimaru | VA: Nobuhiko Okamoto


Na wezwanie księżniczki nie przybyli jedynie przywódcy klanów wchodzących w skład Przymierza, ale i Senkimaru, głowa wygnanego przed laty rodu. Nastoletni chłopak jest arogancki, chłodny i podejrzliwy, do tego nie kryje się z niechęcią względem niektórych bohaterów, jednakże szanuje i przestrzega zasad, które przed wiekami złamał jego przodek, tym samym sprowadzając na klan biedę i nieszczęście.

Ścieżka ujawnia sporo faktów odnośnie Przymierza, bohaterki i złoczyńców, należy ją zatem rozegrać na samym końcu, najlepiej zaraz po historii Shina, w której na jaw wychodzi pewien fakt na temat bohatera (chociaż można się go domyślić w każdej innej opowieści). Wersja na androida niestety psuje zabawę i już na ekranie postaci spoileruje całą tajemnicę. Sama ścieżka wypada fantastycznie, i gdyby nie Kazuya, byłby to mój faworyt. Sekrety wypływające na wierzch są ciekawie pomyślane i zaskakujące, chociaż trudno je zaakceptować, gdy w poprzednich historiach nie było większych przesłanek ich istnienia. Na szczególną pochwałę zasługuje pełen akcji oraz napięcia finał.

"Stopi it, you idiot! I'm not leaving it. I'm saving it for later!"

Twórcy wprowadzili do gry imponującą liczbę postaci, większą nawet od tej w Hakuoki. Nie licząc bohaterki zaserwowano nam piątkę towarzyszy, księżniczkę Yasę, trójkę starszyzny, ósemkę postaci ludzkich oraz trójkę (?) złoczyńców. Co ciekawe każdy otrzymał wystarczająco czasu, aby dać się zapamiętać.

Naszą sympatię w pierwszej kolejności zyska starszyzna:  Shiomi, Tsukishima i Kotoura. Każdy z "dziadziusiów" jest na swój sposób zabawny, kochany i troszczący się o główną bohaterkę. Podczas przygód posłużą nam zarówno dobrą radą jak i bronią. Księżniczka jest równie troskliwa co dziadkowie, i chociaż szybko zniknie z ekranu, poznajemy ją jako osobę pełną ciepła i życzliwości.

Toki no Kizuna to nie tylko opowieść o demonach, ale i o ludziach, w mniej lub bardziej skomplikowany sposób związanych z czwórką naszych bohaterów. Każdy z towarzyszy uczestniczy w wydarzeniach po stronie innego lorda i od wyboru Yukiny zależy z którym z nich nawiąże bliższą relację. Spośród ośmiu ludzi (czterech głównych i czterech drugoplanowych) wyłaniają się najróżniejsze charaktery, od zimnych i aroganckich jegomościów, po ciepłych i pogodnych lekkoduchów.  Moje szczególne uznanie zdobyli Ieyasu i Mitsunari, dwie pełne głębi postacie, a szczerą sympatię Hideie - postać totalnie przerysowana, ale jakimś cudem bardzo zabawna i urocza (liczę na osobną ścieżkę w fandiscu ( ͡° ͜ʖ ͡°) ).

"The pleasure is all mine... My name is Hideie Ukita."

Złoczyńców z oczywistych względów nie idzie łatwo polubić, jednakże ich czyny oraz motywacje zostały przedstawione przekonująco. Nienawistna trójka nie bez powodu wstąpiła na drogę zła i wbrew pozorom, nie każdy z nich jest zepsuty do szpiku kości. Tylko jedna rzecz nie do końca wyszła najlepiej - potyczek ze złoczyńcami jest trochę za dużo, przez co sporo kończy się ich ucieczką. Wypada to sztampowo i niewiarygodnie, ale z każdą kolejną walką dowiadujemy się czegoś nowego, także nie ma na co narzekać.

Każdy z bohaterów posiada dwa zakończenia: szczęśliwe oraz alternatywne. Finały historii zależą od dwóch czynników: relacji z wybranym towarzyszem oraz naszego nastawienia do sytuacji. Szczęśliwe zakończenie wymaga od nas wymaksowania relacji z bohaterem oraz utrzymania równowagi w zachowaniu - jeśli będziemy nazbyt szczerzy i ulegli lub wykażemy się kłamstwem i brawurą, nasze wybory doprowadzą nas do alternatywnego finału, niekoniecznie złego, jednak też nie do końca szczęśliwego. Z jakiegoś, niezrozumiałego dla mnie powodu, drugie zakończenie w wersji na androida nazwane jest "flashbackiem", co nie ma absolutnie sensu, biorąc pod uwagę generalne znaczenie tego słowa.


Strona wizualna gry jest przepiękna. Teł jest mnóstwo i to w różnych wariacjach, począwszy od kolorowych i miłych dla oka widoków, przez tradycyjne japońskie wnętrza, po zgliszcza i obskurne ruiny. Imponuje również ilość póz i grymasów naszych bohaterów; pojawiają się takie, które występuję tylko raz w całym tytule, a żadna postać poboczna nie stoi nigdy w jednej pozycji.  Zabrakło mi jedynie animacji postaci, ale nadrabiają je ruchome tła, ilustracje oraz obiekty w trakcie walki.

Muzyka jest doskonale dopasowana i oddaje emocje wytworzone przez obraz oraz tekst. Głosy postaci są bez zarzutu, aczkolwiek trudno było mi się do nich przyzwyczaić po niemej wersji na androida. Może zwyczajnie inaczej brzmiały w mojej głowie. Opening to mała perełka, i ani razu nie zdarzyło mi się go przewinąć (chyba, że przypadkiem).

Galeria z ilustracjami odblokowuje się dopiero po przejściu dowolnej ścieżki, co jest zabiegiem rzadko spotykanym i dziwnym. Niestety, w żaden sposób nie da się tego przeskoczyć i na podziwianie obrazków będziemy musieli poczekać, aż do finału jednej z historii. Prócz galerii odblokowuje się również mapka z opisem poszczególnych wydarzeń w danym miejscu. Ta jest oczywiście w całości po japońsku, także dla nieobeznanego z językiem jest tylko ciekawostką.


* * * 

PSP vs Android



Dzięki NTT Solmare i ich serii "Shall we Date" otrzymaliśmy angielską wersję Toki no Kizuna pod innym, choć równie trafnym tytułem Demons' Bond. Port ukazał się tylko na platformę android.

Tytuł jest darmowy do ściągnięcia oraz rozegrania prologu, potem trzeba zapłacić za każdą ścieżkę osobno (21,85 zł według obecnego kursu). Cena całego tytułu przekracza sto złotych, jednakże jest to uczciwa cena, jak za produkcję od Otomate.

Demon's Bond w swojej oryginalnej wersji różni się wieloma elementami, które zostały dopasowane do urządzeń mobilnych. Do największych zmian należą:

  • brak voice actingu
  • podział na ścieżki od rozdziału pierwszego (oryginalnie od siódmego)
  • brak animacji
  • brak głębi i perpektywy obrazu
  • maksymalnie dwie postacie na ekranie (oryginalnie do pięciu) 
  • galeria ilustracji dostępna od początku
  • trzy sloty zapisu
  • brak "nastawienia bohaterki"; zakończenie determinuje jedynie poziom sympatii bohatera
  • brak bonusowej mapy
  • bonusowe ilustracje dostępne na zasadzie "friend invite"

Mimo znaczącego zubożenia względem wersji PSP, port broni się grafiką w wysokiej rozdzielczości oraz, oczywiście, angielskim tekstem.





Przy konwersji nie obyło się bez drobnych potknięć. Niefortunnie programiści pomyli uśmiech Kazuyi z jego obojętnym wyrazem twarzy. Niby nic wielkiego, w końcu chłopak i tak rzadko okazuje radość, jednak są sceny, w których biedaczek jest pochmurny zamiast się cieszyć, i uśmiecha się w nieodpowiednich sytuacjach. Jest nawet jeden moment, gdzie bohater zostaje zbesztany przez starszyznę i przez błędnie wstawiony grymas jego twarz sugeruje arogancję i bezczelność.



* * *


Toki no Kizuna, niezależnie czy w wydaniu oryginalnym, czy porcie na sprzęt mobilny jest tytułem wyjątkowym i wartym każdej ceny. Spotkałam się z opinią, iż jest to gra średniej kategorii, niezachwycająca i nudna, jednakże z żadnym z tych określeń nie potrafię się zgodzić. Faktycznie, fabuła nigdzie się nie spieszy i spora jej część zatrzymuje się na naradach wojennych, jednakże nawet pozornie nieciekawe rozmowy okazują się intrygujące i posuwają relacje bohaterów do przodu. Dodatkowo, gra to szczegółowa lekcja historii o Japonii okresu, który zapoczątkował panowanie rodu Tokugawa.

Zdaję sobie sprawę, że nie wszystkim tytuł przypadnie do gustu, szczególnie tym, którzy cenią romans ponad fabułę. Toki no Kizuna ma to do siebie, że uczucie rozwija się powoli i objawia się w pełnej krasie bliżej finału, ale naprawdę jest, na co czekać.

Tytuł zapisał się złotymi głoskami w moim sercu i nie potrafię go nie polecić. Prolog, choć przedstawia tylko dwójkę bohaterów, dość wyraźnie nakreśla klimat gry, a że jest darmowy, należy chociaż spróbować. Umieram ze zgryzoty, że fandisc Hanamusubi Tsuzuri zapewne nigdy nie ujrzy światła dziennego na zachodzie. Cóż, pozostaje nauka japońskiego...


* * *




Szczegóły wydania:

Deweloper: Otomate
Wydawca: Idea Factory (JAP) | NTT Somare (ENG)
Data wydania: 2012 (JAP) | 23 lipiec 2015 (ENG)
Gatunek: otome / visual novel
Platforma: PSP (JAP) | Android (ENG)
Łączna liczba ścieżek: 5
Voice acting: tak (tylko w japońskiej wersji)
Animacje postaci: brak


Do kupienia na:
Wersja pudełkowa (tylko japońska wersja): aukcje internetowe
Wersja cyfrowa (tylko angielska wersja): Google Play