Pokazywanie postów oznaczonych etykietą smartfon. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą smartfon. Pokaż wszystkie posty

Recenzja | Love Magic 2


Kocham gry Hanabi za ich lekkość, humor i oryginalność, ale wśród ogranych przeze mnie tytułów tylko Love Magic zapisał się w moim sercu złotymi zgłoskami. Sezon pierwszy był fenomenalny; śmieszyły komiczne sytuacje, poruszały pełne napięcia sceny i smuciły te, który smucić miały. Prawdę mówiąc, nie spodziewałam się, że część druga utrzyma poziom poprzedniczki i faktycznie... go nie utrzymała... bo wręcz podniosła!


Gwoli przypomnienia, Love Magic to darmowa mobilna gra studia Hanabi opowiadająca o przygodach Derryth, nastolatki, która pewnego dnia dowiaduje się, że jest czarownicą. Dziewczyna wkracza do świata magii z kocim chowańcem, Minuetem, u boku oraz swoją pierwszą miłością na celowniku, wszakże czary to najlepszy sposób na zdobycie męskiego serca! Paris niestety szybko okazuje się być fatalnym wyborem dla początkującej wiedźmy - jakby nie patrzeć nasze ciacho to łowca czarownic! Gdyby tego było mało, chłopak odkrywa, że nowa użytkowniczka magii pojawiła się w mieście i szykuje podstęp, aby odkryć jej tożsamość! Czy może być jeszcze gorzej? Tak, gdy między tę dwójkę wkracza osoba trzecia.


 Recenzja pierwszego sezonu Love Magic



Sezon drugi bezpośrednio kontynuuje wydarzenia z części pierwszej: Derryth o włos uniknęła zdemaskowania, przez co podstęp Parisa spalił na panewce. Dziewczyna wraz z Minuetem wracają do domku babci, gdzie odkrywają kradzież rodzinnego grymuaru. Ale to tylko początek kłopotów naszego duetu... 

Sequel Love Magic posiada wszystko to, co poprzedniczka: lekkość w opowiadaniu historii, nieskomplikowaną fabułę, niebanalny humor, nieprzewidywalny scenariusz i fantastycznych bohaterów, dodając to tej, już genialnej, kombinacji garść autoparodii  i trudnych wyborów. Na Derryth czeka sporo decyzji, nie tylko związanych z dwoma chłopakami, ale też innymi osobami z jej otoczenia. Podziwiam Hanabi za to jak zręcznie manewruje historią, abyśmy zadbali nie tylko o naszego wybranka, ale też o pozostałych bliskich bohaterki.

Sama kradzież księgi czarów, choć z pozoru banalna, prowadzi do nieprzewidywalnych wydarzeń, które nie tylko rozpoczynają nowe wątki, ale i zamykają te jeszcze niedomknięte z sezonu pierwszego. Powracają znane już wcześniej postacie, ale tym razem z nowymi celami i motywacjami w życiu. Największą jednakże zmianę zaliczy nasze trio: Derryth, Minuet oraz Paris, których losy jeszcze mocniej się zacieśnią pod wpływem nieuniknionej konfrontacji z potężniejszym wrogiem. Jeżeli myślicie, że Minuet to nadal słodziak, a Paris to ciągle buc, na pewno mile się zaskoczycie. Sama kończąc sezon pierwszy, nigdy bym nie pomyślała, że to blondynek skradnie mi serce w kontynuacji, a nie stary poczciwy kocur.

Derryth jest jeszcze cudowniejsza niż w sezonie pierwszym; na początku historii dziewczyna dopiero raczkuje w dziedzinie magii i podejmuje lekkomyślne decyzje, kierując się nie dobrem ogółu, a własnymi zachciankami. Tutaj bohaterka jest już doroślejsza, pewniejsza siebie - zdecydowana pomagać w pierwszej kolejności swoim przyjaciołom, a jakby jeszcze było tego mało, jest badassem.

Zdawałoby się, że wraz z nową postawą Derryth produkcja traci na humorze, ale tak nie jest; faktycznie, pojawia się więcej scen dramatycznych i zmuszających do refleksji, ale to nadal stare dobre Love Magic z absurdalnym, niewymuszonym i niebanalnym humorem.

Chłopaki standardowo dają radę i nie idzie ich nie kochać, aczkolwiek fanki Minueta mogą się poczuć lekko rozczarowane. Prawdą jest, że sezon pierwszy trochę faworyzował naszego kociego towarzysza, który ze względu na osobowość, koneksje i pokrewny cel był naszym naturalnym pierwszym wyborem. Hanabi najwidoczniej zauważyło (lub taki był plan) ten dysonans pomiędzy popularnością obu panów, i tak w sezonie drugim to Paris ściąga na siebie całą uwagę. Nie oznacza to oczywiście, że Minueta jest mniej - obaj panowie dostali tyle samo czasu na ekranie oraz sekretów do wyjawienia, ale to historia Parisa obfituje w żar i emocje, podczas gdy relacja bohaterki z kocim chowańcem do końca pozostaje bardzo niejednoznaczna. Najlepiej to widać rozgrywając oba zakończenia - finał łowcy czarownic jest dłuższy, zabawniejszy i, przede wszystkim, obfitujący w płomienne uczucia, gdy ending kocura kończy się kameralnie i to zaraz po rozpoczęciu. Gdybym w drugim sezonie pałała tą samą miłością do Minueta co w części pierwszej, na pewno poczułabym się dotknięta zabiegiem twórców, ale, prawdę mówiąc, spłynęło to po mnie jak po kaczce, bo

#TeamParis

Innych nowości raczej nie doświadczymy, aczkolwiek Hanabi pobawiło się autoparodią w większym stopniu niż w sezonie poprzednim. Twórcy już nie tylko obśmiewają swoje poprzednie produkcje, ale i nabijają się z samego Love Magic oraz wewnętrznych opcji gry (np. brak przycisku skip). Pod tym względem najzabawniej wypada scena, w której Paris przedstawia bohaterce własnoręcznie stworzoną grę otome opowiadającą historię łudząco przypominającą odbyte przez nich przygody. O tytule już nawet nie wspomnę :)


W samej mechanice gry nie doświadczymy żadnych zmian. Grając, nadal trzeba pamiętać, że tytuł nie posiada opcji wczytania zapisu, a co za tym idzie, wszystkie podejmowane przez nas decyzje są permanentne. Wybory ponownie są podchwytliwe, ale intuicyjne. Rozczarowuje tylko finał, który cierpi na przypadłość Life is Strange - wszystkie nasze wcześniejsze wybory idą do kosza, a nasza ostateczna decyzja polega na wyborze jednego z chłopaków. W grach każdego innego studia byłby to zabieg niedopuszczalny, zważywszy jednak na mechaniki (czy raczej ich brak) tak charakterystyczne dla Hanabi, jestem w stanie im to wybaczyć.

Love Magic 2 to bardzo udana kontynuacja serii, która z miejsca skradła moje serce. Niestety, to już (najprawdopodobniej) koniec przygód Derryth i chłopaków, aczkolwiek widząc, jak wspaniałe sequele potrafi robić studio, nie omieszkam sprawdzić kolejnego sezonu Mystery Symbol.

* * *


Szczegóły wydania:
Deweloper/wydawca: Hanabi Media
Data wydania: 31 lipca 2017
Gatunek: otome / visual novel
Platforma: Android
Łączna liczba ścieżek: 2
Voice acting: brak
Animacje postaci: brak
Do kupienia na:
Wersja cyfrowa: Google Play


Recenzja | Princess of the Moon (Rudy)


Doświadczyłam gier złych, niedopracowanych, głupich i nudnych, ale nigdy bym nie przypuszczała, że jakikolwiek tytuł może mnie obrazić. Princess of the Moon ta, z pozoru niemożliwa, sztuka się udała.


Przepraszam, że zacznę od końca, ale zanim przejdę do meritum, muszę dać upust moim emocjom. Ścieżka Rudiego w Princess of the Moon to, k####, dramat. Ona nawet nie jest zła, ona jest szkodliwa. Narzekaliście kiedykolwiek na główną bohaterkę? Wkurzały was protagonistki od Dogenzaka Lab? To was zaskoczę. Princess of the Moon wprowadza zupełnie nowy poziom zażenowania.

Pierwszy raz na usta ciśnie mi się tyle słów na raz, głównie przekleństw, które idealnie oddają ducha gry, ale postaram się uporządkować myśli. O czym w ogóle jest to g... ta gra?

Kazuko przyjeżdża do jakiegoś bogatego państwa na staż czy do pracy, nie pamiętam właściwie po co, ale to w zasadzie najmniej ważna kwestia. Po nocy w hotelu okazuje się, że w mieście trwa jakieś święto i samochody są wyłączone z ruchu. Dziewczyna zastanawia się jak dotrze do nowego miejsca pracy, gdy do hotelu wpada grupka bogato wystrojonych mężczyzn. Okazuje się, że wszyscy są książętami z okolicznych państw a ich przyjazd ma związek ze świętem. Mężczyźni proponują dziewczynie podwózkę, ale ta odmawia i wybiega z budynku. Kazuko nieokreślony czas szwenda się po ulicach, aż ulewa zmusza ją do ukrycia się w jednym z budynków. Wchodząc do środka, dziewczyna ponownie spotyka książęta, którzy z miejsca tytułują ją "księżniczką księżyca" (serio, tak było). Mężczyźni wyjaśniają jej, że wedle tradycji, jeśli dziewczyna wejdzie akurat tego dnia do tego akurat budynku zostaje "księżniczką księżyca" i ma poślubić księcia, którego uzna za najlepszego kandydata na króla.

Okej, na tym etapie pewnie zastanawiają was dwie rzeczy. Pierwsza: po co książęta przyszli do hotelu, w którym nocowała bohaterka? W końcu nie był to pięciogwiazdkowy przybytek, więc nocleg odpada. Druga: co jest złego w tej historii? Już spieszę z wyjaśnieniami. "Księżniczka księżyca" musi wybrać jednego spośród książąt na króla, zamieszkać z nim na trzy miesiące, po czym poślubić, tyle że żadnego z książąt nie zna. Z jednym czy z drugim zamienia słowo w hotelu, a potem spotykają się dopiero podczas wyboru. Co zatem robi bohaterka w takim wypadku? Oczywiście wybiera tego, który wydaje jej się fajny. Tym sposobem Kazuko wiąże się z jednym z mężczyzn i udaje się z nim do jego rezydencji. Większość z was pewnie nadal nie rozumie, co jest nie tak z tą historią? Właśnie przechodzę do najlepszej części. To, że bohaterka wybrała któregoś z mężczyzn nie ma absolutnie znaczenia, gdyż każdy z pozostałych kandydatów może ją legalnie porwać i przymusić do zmiany decyzji. Jaki sens ma zatem ten cały obrządek? No właśnie...

Nie widać tego na pierwszy rzut oka, ale fabuła Princess of the Moon (przynajmniej w ścieżce Rudiego) koncentruje się głównie na stosunkach intymnych bohaterki z jej wybrankiem. Zbliżenia są zresztą w zabawny sposób usprawiedliwione tym, że wedle tradycji "księżniczka księżyca" co miesiąc, podczas pełni musi uprawiać seks z księciem (kto to, k####, wymyślił?). Po co? Co się stanie, gdy do stosunku nie dojdzie? Czy gwałt też się liczy? Te pytania oczywiście pozostają bez odpowiedzi.

No, po prostu ideał mężczyzny.
Co do gwałtu... Bez owijania w bawełnę, pierwsze akty seksualne na bohaterce są absolutnie pozbawione jej zgody. Wygląda to tak, że nastaje noc, przychodzi bohater i robi z nią co chce. Paradoksalnie, to jeszcze nie jest najgorsze. Najgorsze jest to, że u protagonistki po tym pierwszym razie pojawia się zespół maltretowanej żony! Yay! Co z tego, że facet ją wziął siłą? Co z tego, że ją nadal molestuje? Co z tego, że jest osobą chorą psychicznie? Ona i tak się w nim zakochuje i z czasem zaczyna go rozgrzeszać! No, ja, k####, nie mogę!

Ale już dość tej rozciągłej analizy. Na dzień dzisiejszy do wyboru mamy trzech bohaterów (gdy ja rozpoczynałam rozgrywkę było ich tylko dwóch): Alph, Rudy i Sera (który znalazł się w grze niedawno).  Mając do wyboru sadystę oraz osobę psychicznie chorą, wybrałam tego drugiego i tym sposobem rozpoczęłam historię Rudiego (czego do dziś żałuję).

Od razu uprzedzam - cały wywiad o Rudim jest pełen spoilerów. Nie będę się pieścić, skoro i tak nie polecam wam grania w tę ścieżkę.

Jeśli graliście w The Amazing Shinsengumi a konkretnie w historię Heisuke, już wiecie czego się spodziewać. Rudy jest dzieckiem w ciele dorosłego, a w zasadzie głupim i rozpieszczonym dzieckiem w ciele dorosłego. Facet nie ma absolutnie żadnych zahamowań, jeśli chodzi o kontakty fizyczne z bohaterką, czego najlepszym przykładem jest scena balu na statku, w której koleś dobiera się dziewczynie do majtek na oczach tłumu (dosłownie podnosi jej suknię i wędruje palcami po okolicach bikini). Brak mu empatii i poszanowania dla drugiego człowieka, bo cały świat oczywiście kręci się tylko wokół niego.

Gdzieś na początku historii dowiadujemy się, iż Rudy ma swój prywatny harem w innej posiadłości. Jak na tę wieść reaguje Kazuko? No, jest jej smutno. I tyle. Mając do wyboru rzeszę innych kandydatów trzyma się Rudiego jak rzep psiego ogona, chociaż absolutnie nie jest z nim szczęśliwa. Co ciekawe, wszystkie inne kobiety wprost przepadają za kolesiem - gdy Kazuko przyjeżdża do rezydencji chłopaka, księcia atakuje zazdrosny facet, którego narzeczona dołączyła do haremu Rudiego. Już sama nie wiem, czy to jest bardziej komiczne czy głupie?

Jak się okazuje w dalszej historii, Rudy jednak nie jest aż takim lekkoduchem, jakiego zgrywa. Rudy ma również kompleksy. Pierwszym jest.. dawna przegrana z Alphem w pojedynku na miecze... która widać tak dogłębnie nim wstrząsnęła, że koleś do dzisiaj się nie pozbierał. Wow. Drugim jest... strach przed spaniem samemu... Rudy tłumaczy, że gdy w łóżku nie towarzyszy mu kobieta, śnią mu się koszmary. Po to zresztą utworzył swój harem, aby sypiać z kobietami - dosłownie, bez podtekstów seksualnych.

Warto również wspomnieć w jaki "cudowny" sposób bohaterka przekonała się do Rudiego. Otóż po tych wszystkich "upojnych" nocach i publicznym obmacywaniu, Kazuko odkrywa, że chłopak szyje pluszaki swoim siostrom. Widząc to, bohaterka stwierdza, że Rudy to jednak spoko gość. Pozostawiam to bez komentarza.

Swoją drogą, Rudy nie raz udowodnił, że absolutnie nie nadaje się na króla. Szasta hajsem na prawo i lewo; w końcowej scenie wysypuje wór klejnotów do strumienia (bo taką miał zachciankę), zamiast przeznaczyć je na coś pożytecznego (co sama bohaterka mu wypomina). Facet wydaje się w ogóle nie interesować swoim krajem, skupia się za to wyłącznie na sobie i intymnych częściach ciała bohaterki.

A jak wypada sama bohaterka? Tu jest właśnie pies pogrzebany. Protagonistka została przedstawiona w obraźliwy, seksistowski sposób jako lalka do zabaw łóżkowych. Kazuko absolutnie nie ma własnego charakteru i za grosz asertywności. Nie potrafi się przeciwstawić atakom ze strony Rudiego ani nawet się na gościa obrazić za to, co jej robi. Jest uległa wobec jego wszelkich zachcianek i nie widzi w nich nic złego! Wygląda to tak jakby dla bohaterki gwałt i molestowanie były na porządku dziennym - widocznie dla niej to normalne, że mężczyzna siłą rości sobie prawo do jej ciała. Brawo, Abracadabro! Brawo, za to, czego uczycie młode kobiety! Oby tak dalej!!

P.S. Daleko mi do bycia feministką.
P.S.2. Rozumiem, że niektórym podobają się historie, w których facet jest zarówno kochankiem, jak i katem. Nie mi to oceniać, ale gra jest przeznaczona dla ludzi od 16 roku życia, także czy tego typu treści są odpowiednie dla nastolatków? Nie sądzę...

W innej recenzji spotkałam się z opinią, iż w grze doświadczymy konspiracji i intryg ze strony pozostałych książąt. No... nie. Bynajmniej nie w historii Rudiego. Tutaj jedyną "intrygą" jest próba uprowadzenia bohaterki, by ją zmusić do zmiany wybranka. Cała reszta historii to dnie spędzone z Rudim, noce spędzone z Rudim, spacery z Rudim i inne tego typu pierdoły.

Graficznie Princess of the Moon nie różni się zbytnio od poprzedniej gry studia, Lust in Terror Manor. Tutaj na pewno lepiej wypadają tła - jest ich znacznie więcej i widać ktoś nad nimi przysiadł. Powracają za to problemy z tekstem. Ten lubi się "wylewać" przy dłuższych zdaniach i ponownie poskąpiono na edytora, który by się tym zajął. Błędów ortograficznych i składniowych jest sporo, ale do tego już chyba zdążyliśmy się przyzwyczaić.

* * *

Mechanika gry

O mechanice gry, wspólnej dla wszystkich tytułów Abracadabry, rozpisywałam się już przy okazji recenzji Lust in Terror Manor.

* * *

Na koniec chciałabym przeprosić za pogardliwy ton recenzji i masę jadu skierowanego w stronę Princess of the Moon. Proszę mi wierzyć, naprawdę starałam się podejść do tego łagodnie, z dystansem, ale kiedy tylko postawiłam pierwsze litery, powróciły wszystkie emocje towarzyszące mi podczas rozgrywki.

Chciałabym również podkreślić, iż ścieżka Rudiego jest tylko jedną z trzech (na chwilę obecną) dostępnych i pozostałe dwie mogą reprezentować inny poziom. Aktualnie rozgrywam historię Sery i ta wypada o niebo lepiej. Po ukończeniu na pewno pokuszę się o jej recenzję, by zabić niesmak wywołany powyżej opisywaną historią.

 

* * *



Szczegóły wydania:
Deweloper/wydawca: Abracadabra Inc.
Data wydania: 9 stycznia 2017 (?)
Gatunek: otome / visual novel
Platforma: Android
Łączna liczba ścieżek: 3 + (dalsze powstają)
Voice acting: brak
Animacje postaci: brak

Do kupienia na:
Wersja cyfrowa: Google Play


Review | Ghost Love

Hanabi's latest release, Ghost Love, proves once again value isn't necessarily determined by price. If it were, their games would cost as much as those already paid or even more. So how's possible their F2P games surpass many paid titles? I have no clue. All I know is I want them to carry on and bring us new, exciting games.
 

















Hanabi's games usually concentrate around one theme, but here we've got two, completely different ones: supernatural world represented by ghosts and magic contrasted with everyday work experience. Although these two don't seem to be equal rivals, Hanabi managed to make them both interesting and enjoyable.


Recenzja | Mystic Messenger: Christmas Special (DLC)


Niby "święta, święta, i po świętach", a jednak w tym roku Boże Narodzenie zostało z nami na dłużej za sprawą DLC do Mystic Messengera.


Prezent przybył niespodziewanie, gdy wszyscy zza ośnieżonego okna wypatrywali nadejścia dwóch panów, jednego o włosach koloru bezchmurnego nieba, drugiego ze śnieżnobiałą czupryną i tajemniczym uśmiechem. Podczas nieuwagi grzecznych dzieci, przez komin przedostał się niezapowiedziany jegomość z białą brodą, skrywającą azjatyckie rysy twarzy, odziany w opięty czerwony kubrak. Najciszej jak tylko mógł, podkradł się do pozostawionego na widoku tabletu i zostawił prezent pod wirtualną choinką. Następnie narobił rabanu i czym prędzej czmychnął z powrotem do Korei, pozostawiając grzecznym dzieciom zabawkę na całe święta.

W rzeczywistości wyglądało to mniej dramatycznie, jednak Cheritz faktycznie zrobiło nam niespodziankę niezapowiedzianym dodatkiem na zimowe wieczory. Nikt chyba tak naprawdę nie był do końca pewny, czy deweloper po spektakularnym sukcesie będzie dalej rozwijać markę, czy pokusi się o nowe produkcje. Na dzień dzisiejszy dalej tego nie wiadomo, ale faktem jest, że Mystic Messenger jeszcze przez jakiś czas nie zostanie zapomniany.



DLC trafiło do obiegu na niedługo przed Bożym Narodzeniem i od razu wywołało rzesze "ohów" i "ahów". Wrzawa całkowicie zasłużona, ale co z samym dodatkiem ? Ehmm... no cóż... Ciężko mi krytykować tę genialną grę i przesympatyczne studio, ale nie mogę przymknąć oka na fatalnie wykonane co niektóre elementy. Ale zaczynając od początku:

Dodatek nie jest do końca darmowy, gdyż do jego odblokowania wymagana jest liczba stu klepsydr (wewnątrzgrowej waluty), którą możemy kupić za gotówkę (12 zł.) lub zebrać w trakcie oryginalnej rozgrywki. Przed przejściem do dodatkowej zawartości będziemy musieli wpierw zakończyć, bądź przerwać przygodę z głównym scenariuszem.

Świąteczna historia trwa dwa dni (Wigilia i Boże Narodzenie) i stricte nie dzieli się na ścieżki. Z naszym wybrankiem spędzamy jedynie końcówkę dnia drugiego, ale pomiędzy jednakowymi dla wszystkich chatroomami, pojawiają się sceny visual novel, dedykowane konkretnej postaci. Zakończeń jest w sumie osiem (po jednej dla każdego z pięciu bohaterów, jedna Unknowna, jedna wspólna i jeden bad ending). Dziwi mnie natomiast brak osobnej ścieżki dla V... Byłaby to świetna okazja, aby nasz fotograf w końcu otrzymał swoją historię (nawet, jeśli w formie mini).







Fabuła umiejscowiona jest gdzieś na początku opowieści, jednak przedstawia alternatywne wydarzenia, niezwiązane z głównym nurtem. Przychodzą święta i całe RFA bierze udział w świątecznej akcji charytatywnej pod przewodnictwem C&R, czyli firmy Jumina. Naszym zadaniem jest prześledzenie zmagań towarzyszy z organizacją wydarzenia i podtrzymania na duchu jednego z nich.

Całość ma lekką i fanservice'ową formę. Wszystkie najlepsze aspekty naszych bohaterów zamknięto w pigułce i opatrzono kilkoma ilustracjami (od jednej dla Unknowna, po sześć dla Sevena). Te, co ciekawe, zmieniły swój styl graficzny, i widać, że stronę wizualną powierzono nowemu rysownikowi. Cheritz dopieściło również co niektórych fanów, wstawiając opcjonalne pojedyncze dialogi dla protagonistki, sugerujące zainteresowanie gatunkiem yaoi oraz, co ważniejsze, rozbudowano ścieżkę Jaehee o wątek romantyczny (do wyboru). Dodatek ma tym samym zadowolić wszystkich fanów, niezależnie czy podzielają jedynie oficjalną wizją tytułu, czy dopowiadają, lub zmyślają fakty we własnym zakresie.

Tyle niestety dobrego o Christmas Special... Mimo ciekawego pomysłu i założeń, tytuł leży i kwiczy pod względem realizacji: masy błędów, fatalnego, konfundującego tłumaczenia i odpychających zabiegów językowych, urwanych z choinki. Spartaczonych elementów jest tak sporo, że aż ciężko chwycić się jednej myśli na raz. Ok, zacznijmy od najmniejszego problemu, czyli błędów programistycznych. Zarówno te wizualne (znikające ilustracje lub tła) jak i bugi, uniemożliwiające rozgrywkę (blokowanie ekranu między jednym dniem, a drugim), zostały zażegnane z kolejnymi patchami, jednak w pierwszych dniach od premiery dosłownie nie dało się grać. Niektóre glitche pozostały do dzisiaj, ale nie są już groźne.

Najgorszym elementem produkcji jest bez dwóch zdań tłumaczenie. Nie wiem kto się za nie zabrał, ale wygląda na pracę dwóch osób - jednej kompetentnej i profesjonalnej, drugiej w postaci google translatora... Mniej więcej połowa całego tekstu jest bez zarzutu, i przypomina to, z czym spotkaliśmy się w głównej rozgrywce, druga to natomiast błędy ortograficzne, językowe, interpunkcyjne, bezpośrednie zwracanie się do postaci nieobecnych na czacie, mówienie do innych w trzeciej osobie, mylenie imion czy pozostawienie oryginalnego tekstu. Nie są to może kardynalne błędy, ale konfundują one czytelnika, niszcząc tym samym radość z rozgrywki. Poza tym, narzucony przez sporą część gry styl dialogów jest sztuczny i nienaturalny. Kto do kolegi obok zwraca się w trzeciej osobie liczby pojedynczej?!












O ile błędy o podłożu programistycznym (w większości) wypleniono, tak odpychające tłumaczenie pozostało i jak widać, nieprędko (o ile w ogóle) zostanie zastąpione czymś zdatnym do czytania. Naprawdę żałuję, iż Cheritz zawiodło na tym polu, zważywszy na wysoki poziom całości. Cóż, mają jeszcze okazje do zrehabilitowania się. Może jakiś Valentine's Special?


Recenzja | My Horse Prince


Są gry humorystyczne, są tytuły prześmiewcze, a również i takie wywołujące jedynie zażenowanie. My Horse Prince to potworek Frankensteina łączący te trzy cechy. Z naciskiem na żenadę. Przede wszystkim żenujący. Co ja gadam, żenujący w cholerę!

Chciałoby się zacząć cytatem "czego to ludzie nie wymyślą?", jednakże produkt ten już został popełniony. Ominę krótką i nieciekawą historię jak w ogóle udało mi się to "cudo" znaleźć i przejdę od razu do meritum: co to ##### jest?!


Recenzja | Mystic Messenger


Rok się jeszcze nie skończył, a tu już w czerwcu poznaliśmy MVP (czy raczej MVG) roku 2016. Ale Mystic Messenger to nie tylko historia gry, na której punkcie oszalały miliony, ale i studia Cheritz, które od mało znanego developera urosło do otomowego odpowiednika CD Projekt Red, światową markę i odważnego rewolucjonistę. Cheritz dosłownie zatrzęsło rynkiem otome, ale tym, co najbardziej zasługuje na podziw jest podejmowanie ryzyka i trzymanie się nowatorskich pomysłów. Jaka inna firma postanowiłaby zerwać ze sztywną formułą VN i zaserwować coś zupełnie nowego? Dzięki koreańskiemu developerowi prawdziwe staje się stwierdzenie, że "nisze ratują świat".


Rok 2016 przejdzie do historii otomowego światka, jako rok innowacji i zerwania ram tego gatunku. Dlaczego? Ponieważ zamiast standardowej narracji z perspektywy bohaterki, w Mystic Messenger otrzymujemy historię w formie "gadki-szmatki" z facebookowego messengera. Może z początku brzmi to dziwnie, lecz doskonale wpisuje się w konwencję internetowego randkowania. Ale zaczynając od początku...

Nasza bohaterka zostaje wkręcona przez nieznanego sprawcę w ściągnięcie na telefon równie tajemniczej aplikacji. Po krótkiej rozmowie z "Unknownem" w nowo zainstalowanym chatroomie, bohaterka zostaje poproszona o wizytę w pewnym mieszkaniu w celu sprawdzenia adresu. Dziewczyna po przekroczeniu progu apartamentu zostaje automatycznie zalogowana do chatroomu tajnej organizacji RFA, gdzie poznaje jej członków: biznesmena Jumina i jego asystentkę Jaehee, aktora Zena, studenta Yoosunga i hackera ukrytego pod nickiem 707. Szybko okazuje się, iż apartament jest mieszkaniem zmarłej założycielki organizacji, a bohaterka została zwabiona do niego przez wrogiego hackera w nieznanym celu. Po długiej i wyczerpującej rozmowie na czacie dziewczyna zostaje przyjęta przez głowę organizacji - fotografa o nicku V, w poczet jej członków i otrzymuje posadę swojej zmarłej poprzedniczki Riki, która to zajmowała się organizacją przyjęć charytatywnych. Celem historii jest wydanie wspaniałego przyjęcia, odkrycie intrygi stojącej za Unknownem oraz, co najważniejsze, zawiązanie relacji z jedną z pięciu postaci.

Gra przybiera formę standardowego czatu, w którym cała historia przedstawiona jest w formie dymków zawierających dialogi. Członkowie RFA są bardzo rozmowni, przez co większość czasu spędzimy na czytaniu  ich opowieści, opinii, kłótni, rad, żartów i żali, od czasu do czasu mając możliwość odpowiedzenia na jeden z kilku sposobów. Komplementując lub stając po stronie danej postaci zbieramy punkty w formie serc dla konkretnego bohatera; ten, który otrzyma ich najwięcej po danym czasie staje się naszym wybrankiem, i tym samym wkraczamy na jego/jej ścieżkę. 

Mystic Messenger to pewnego stopnia imituje telefon, także poza rozmowami na czacie będziemy mogli telefonować do innych członków RFA, pisać z nimi smsy, sprawdzać aktualizacje na ich profilach oraz wymieniać emaile z potencjalnymi gośćmi przyjęcia.

Gra posiada jeszcze jedną cechę szczególną, związaną ze sprzętem, na którym operuje (android i ios) - wszystkie czaty odbywają się w czasie rzeczywistym tj. o konkretnych godzinach naszego czasu. Cała historia trwa jedenaście (rzeczywistych) dni, z czego pierwszych dziesięć podzielonych jest na ok. 10 - 12 chatroomów, jednych krótszych, innych dłuższych, które występują co ok. 2 - 3 godz (w tym dwa chatroomy w nocy). Zdawałoby się, że system ten wymaga sporo wolnego czasu i systematyczności (np. budzić się o trzeciej w nocy, aby popisać z wirtualnym nocnym markiem), jednakże twórcy ułatwili nam zadanie, gdyż nie jest wymagana stu procentowa obecność na czatach (kilka można sobie odpuścić), zarazem te, które nam "uciekły", a chcemy powtórzyć, można wykupić za wewnątrzgrową walutę. Dodatkowo, jeśli zaplanowaliśmy podróż możemy zapisać grę i potem do niej powrócić po kilku dniach, albo za walutę wykupić kolejne dni i ukończyć je za jednym posiedzeniem.

Chociaż większość tytułu składa się z chatoroomów, jest też sporo momentów, w których tytuł zmienia się w standardową visual novel. Są to zazwyczaj sceny akcji, spotkania bohaterów w cztery oczy oraz romantyczne momenty między bohaterką a naszym wybrakiem. O ile chatroomy z oczywistych względów nie zawierają głosów postaci, momenty w formie VN często już tak.

Ścieżek w grze mamy pięć, a te dzielą się na dwa typy: casual oraz deep. Ścieżki casualowe ukazują mniej poważne problemy takie jak kłopoty w pracy, krytyka w mediach czy zamykanie pewnych etapów w życiu. Deep story traktują natomiast o problemach natury psychicznej oraz zerwanych więzach rodzinnych. Wszyscy bohaterowie zmagają się z problemami i każda ze ścieżek obrazuje inną przypadłość. Głębsze historie dodatkowo odkrywają karty intrygi oraz tożsamość tajemniczego Unknowna, dlatego twórcy zalecają przejście wszystkich trzech casualowych ścieżek w pierwszej kolejności, a dopiero potem dobranie się do tych "cięższych". Warto również dodać, że jedynie opowieści chłopaków zawierają wątki romantyczne; podczas ścieżki Jaehee doświadczymy tylko przyjaźni.

Sama historia prezentuje się naprawdę zgrabnie, pomimo chaosu panującego w prologu. Wystarczy przejście jednej ścieżki, aby poukładać sobie wszystko w głowie i wysnuć teorie. Fabuła, choć przewidywalna, jest wciągająca, a główna intryga satysfakcjonująca. Całość napędzają nie tylko nasi bohaterowie, ale i postaci poboczne, które są napisane genialne, i aż szkoda, że pojawiają się tak rzadko na ekranie.


Wrażenia z poszczególnych ścieżek (kolejność ukończenia):


ZEN
Zen to bóg chodzący między śmiertelnikami - niebywale przystojny i utalentowany dwudziestoczteroletni aktor grający w musicalach. Chłopak nie miał w życiu lekko, jednak dzięki aparycji, talentom i pasji do zawodu odniósł sukces i nadal pnie się po drabince sławy. Z natury jest pogodny i pełen energii, co jednak prowadzi do wybuchów podczas stresujących sytuacji. Największą przeszkodą do polubienia tego bohatera jest jego narcyzm i samouwielbienie, które czasami osiąga absurdalny poziom. Niech to jednak nikogo nie odstraszy, gdyż Zen to złoty chłopak, pełen ciepła, miłości i słodyczy. 

Ścieżkę Zena najłatwiej określić, jako typową baśń o rycerzu i księżniczce w opałach, chociaż akurat w tym przypadku nie do końca wiadomo kto gra czyją rolę. Historia naszej dwójki, choć pełna akcji i napięcia jest przesłodka, z mnóstwem pięknych momentów, jak pamiętna scena na dachu  Wydarzenia są do pewnego stopnia przewidywalne i mocno wtórne, ale złożone w jedną całość prezentują wspaniałą historię.


Yoosung
Oh, Yoosung, biedny, naiwny Yoosung... Naszego studenta najłatwiej określić, jako dorosłego o dziecięcej niewinności i infantylnym postrzeganiu świata. Pomimo wychowania się w zdrowej, pełnej rodzinie, życie Yoosunga zmieniło się nieodwracalnie po śmierci pewnej ważnej dla niego osoby, i od tego czasu chłopak nosi w sercu niezabliźnione rany. Większość wolnego czasu spędza na rozgrywce w LOLOLa (cóż za oryginalność!), którego traktuje jak drugi dom i odskocznię od rzeczywistości. Potrafi uwierzyć w najbardziej kuriozalną głupotę, co często niecnie wykorzystuje inna postać. Yoosung jest najsłodszą postacią w całej grze i nie każdemu może przypaść ten typ charakteru, jednak naprawdę warto zaznajomić się z nim bliżej.

Ścieżka Yoosunga jest naprawdę niczego sobie; obfituje w wiele ciekawych scen i zaskakujących akcji (szczególnie zakończenie), ale zawiera jeden problem, którym jest sam bohater. Yoosunga nie da się nie lubić, to fakt, jednakże im więcej spędzamy z nim czasu, tym bardziej irytujący się wydaje. Jego ciągłe rozterki i problemy są zwyczajnie męczące, szczególnie, że ich autorem jest niedorosły, niedoświadczony chłopak. Sama ścieżka bez zarzutu, bohatera jednak najlepiej sobie dawkować.




Jumin 
Nasz dyrektor firmy zaciekawił mnie na tyle, że zmieniłam zalecaną kolejność przechodzenia gry i czym prędzej wylądowałam na jego ścieżce. Jumin jest biznesmenem, wychowanym w bogatej rodzinie przedsiębiorców. Jego charakter można nazwać jednym słowem: okropny. Jumin jest oziębły, oschły i surowy, ale co gorsze nie ma w sobie za grosz empatii - świat oraz innych ludzi postrzega jedynie przez pryzmat własnych doświadczeń i odczuć. Jedyne ciepłe emocje kieruje w stronę swojego kota, o  dworskim imieniu Elizabeth the 3rd, która to jest powiernikiem jego najgłębiej skrytych uczuć. Z początku postać może wydawać się nieznośna i niemożliwa do polubienia, jednak, daję słowo, wszystko nabiera barw w historii chłopaka.

Ścieżka Jumina jest niesamowicie dobra, a od połowy (po niespodziewanym plot twiście) to już majstersztyk. Uwielbiam poważniejsze historie z elementami psychologicznymi, i tu znalazłam ich ujście. Sama fabuła najbardziej mnie wciągnęła ze wszystkich, natomiast aspekty romansowe są najciekawiej zaprezentowane i najbardziej satysfakcjonujące. Co zabawne (zważywszy na PEGI 13), ścieżka jako jedyna posiada erotyczne podteksty, w tym pikantne rozmowy (głównie płatne za walutę). Na uwagę również zasługują tajemnice i problemy naszego protagonisty, które będziemy musiały pomóc mu przezwyciężyć, aby otrzymać najlepsze zakończenie (albo się im poddać i skończyć w równie "ciekawej" sytuacji). Ścieżka zdecydowanie najbardziej oryginalna i najlepsza ze wszystkich.  Mój faworyt ❤ 







Jaehee
Jaehee jest (do naszego przybycia) jedyną dziewczyną w organizacji, a dołączyła do RFA za sprawą Jumina, który to zmusił namówił ją do tego po zostaniu jego asystentką. Jaehee to profesjonalistka i niesamowicie silna kobieta, która potrafi zapanować nad tysiącem rzeczy na raz a do tego pomagać swoim przyjaciołom w potrzebie. Jest ogromną fanką twórczości Zena, którego oglądając umila sobie nieliczne wolne od pracy chwile. Wydaje się sztywna i nudna, ale jaka jest naprawdę dowie się tylko ten, który wkroczy na jej ścieżkę.

Ścieżka dziewczyny (z początku myślałam, że to facet >_<) jest jedyną nieromantyczną opowieścią w grze i ten fakt bardzo mi przypadł do gustu  ze względu na oryginalność i nowe możliwości zabawy historią. Zmagania Jaehee z problemami śledziło się naprawdę przyjemnie i całkowicie nie przeszkadzał mi brak obiektu westchnień, jednak nie spodobała mi się niekonsekwencja w ukazaniu relacji naszej oraz reszty postaci z bohaterką ścieżki: zdecydowanie za wiele przysług przypisuje się naszej osobie w porównaniu z Zenem, który to (według mnie) robi zdecydowanie więcej dla Jaehee niżeli my sami. Z jednej strony jest to usprawiedliwione stanem protagonistki, z drugiej dziwnie to wygląda, gdy na koniec dnia to my zostajemy "okrzyknięci bohaterami", mimo znacznie mniejszego wkładu. To na szczęście jedyny problem ścieżki i reszta jest bez zarzutu.


707
Tajemniczy hacker jest mózgiem całego RFA i odpowiada za bezpieczeństwo tajnych danych organizacji. Jego kuriozalny humor i specyficzny charakter od razu podbiją wasze serce, ale są to tylko wierzchołki góry lodowej składającej się na Sevena. "Szczęśliwy numerek" (jak nie lubi być nazywany) to fan romantycznych schadzek czipsów i coli w jego żołądku, luksusowych samochodów i miziania kotów, przede wszystkim cudzych. Jest najpopularniejszą postacią wśród graczy i długo nie trzeba szukać powodów tego stanu.

Moje następne słowa zapewne zabrzmią jak herezja, ale prawdą jest, że bardzo zawiodłam się na ścieżce Sevena. Wielu uważa właśnie tę historię za wisienkę na torcie, ja natomiast połamałam sobie na niej zęby. Fabuła jest bardzo przeciętna i do bólu przewidywalna - zapewne przez fakt, iż jest to końcowa ścieżka i wszystkie zebrane dotąd elementy układanki jedynie wskakują tutaj na swoje miejsce; choć to nie zmienia tego, że historia nie zaskakuje i otrzymujemy dokładnie to, co zakładaliśmy od samego początku. Kolejną rzeczą, która mi podpadła jest protagonistka, która nie pełni większej roli w wydarzeniach i równie dobrze mogłoby jej nie być - prócz romantycznych aspektów nic by nie ucierpiało. Z rzeczy na plus na pewno należy wyłonić inną kluczową postać, mającą swój pełnoprawny debiut w tej ścieżce, a która, paradoksalnie, wydała mi się o wiele ciekawszą personą niżeli sam Seven. Mimo wszystkich moich zarzutów, ścieżka jest nadal dobra i większość będzie się przy niej świetnie bawić.












FUN FACT: Seven jest jedyną postacią, która przełamuje czwartą ścianę, tj. wie, że znajduje się w grze. Jest to oczywiście jedynie zabieg humorystyczny, który w żaden sposób nie wpływa na wydarzenia, jednak od czasu do czasu naszemu bohaterowi zdarza się  zażartować z tego faktu. Twórcom tak spodobał się ten pomysł, iż stworzyli pewne złe zakończenie, w którym jeden z bohaterów, pewny swej racji, próbuje przekonać resztę, że są jedynie fikcyjnymi postaciami.

Każda ze ścieżek posiada "After Ending", czyli epilog traktujący o dalszych losach pary, natomiast ukończenie ścieżki Sevena odblokowuje tzw. "Secret After Ending", czyli serię wydarzeń po głównej linii fabularnej, w formie "mini-serialu", lub po prostu krótkich epizodów łączących się w całość. Historia przedstawiona jest w formie VN i bez możliwości dokonywania wyborów, jednak warto wydać 140 klepsydr (wewnątrzgrowa waluta), aby się z nią zaznajomić, gdyż jest kanonicznym i definitywnym zakończeniem tytułu. 

http://vignette1.wikia.nocookie.net/mystic-messenger/images/9/9e/MC.png/revision/latest?cb=20160920204811Dzięki formule czatu, zyskaliśmy sporą dowolność w kształtowaniu charakteru naszej protagonistki. Co prawda w 90% przypadków będziemy mieli zaledwie dwie opcje odpowiedzi do wyboru, jednak każda z nich przedstawia inną reakcję i tak, np. możemy zachowywać się normalnie, albo szaleć na punkcie naszego wybranka i obwieszczać nasze niezdrowe zainteresowanie całemu światu. Oczywiście częste obieranie skrajnego zachowania (zbytnie przymilanie się lub ostra krytyka) skutkuje złym zakończeniem, jednak faktem jest, że możemy wczuć się w rolę chociażby psychofanki. W zależności od ścieżki nasza bohaterka robi mniej, bądź więcej dla dobra RFA, jednak zawsze jest przedstawiona, jako dzielna i całkiem inteligentna osóbka. Reszta osobowości podlega tylko i wyłącznie naszej wyobraźni, jako że postać jest zarysowana w bardzo małym stopniu. Jedyną rzeczą, której nie mogę wybaczyć twórcom to brak oczu u protagonistki. Myślałam, że ten trend już dawno umarł i spoczywa 3 m pod ziemią, ale Cheritz go niestety wydobyli i umieścili w swoim tytule.

Mystic Messenger dla każdej ze ścieżek oferuje po pięć zakończeń: jedno szczęśliwe, jedno normalne oraz trzy złe. Zdobycie szczęśliwego zakończenia wymaga od gracza ukończenia wszystkich głównych "zadań" postawionych przez twórców, czyli zdobycia serca wybranka i zwalczenie nękającego go problemu oraz zaproszenie wystarczającej ilości gości na przyjęcie. Niespełnienie tylko ostatniego warunku skutkuje normalnym finałem, a zepsucie relacji z wybraną postacią prowadzi do jednego z trzech bad endingów, każdy na innym etapie rozgrywki. Ponadto grę można zakończyć przedwcześnie, zanim ta się na dobre rozpocznie: w prologu (wybierając niewłaściwe opcje), na koniec czwartego dnia (jeśli nie uzyskamy wystarczającej sympatii u jednego bohatera), bądź gdy ominiemy za dużo czatów. Bad endingi są nie tylko złe z powodu historii, ale i dlatego, że resetują nasz progres i daną ścieżkę musimy zaczynać od samego początku.

Czas gry jest naprawdę imponujący. Jedna ścieżka trwa jedenaście rzeczywistych dni i zawiera ok. setki chatroomów o zróżnicowanej długości. Jednakże... Dzień pierwszy dla wszystkich ścieżek zawsze jest wspólny, natomiast dni od drugiego do czwartego włącznie różnią się tylko między ścieżkami "casual" i "deep". To niestety prowadzi do szybkiego znużenia, jako że kończąc ścieżkę, z niezależnie jakim skutkiem, nową rozgrywkę zaczynamy zawsze od prologu i następne cztery dni spędzamy na czytaniu już dobrze znanego tekstu. Ma to swoje usprawiedliwienie w konieczności zbierania serc dla danej postaci, jednak Cheritz mogło po zakończeniu wszystkich pięciu ścieżek odblokować nam swobodne wybieranie historii w celu kompletowania ilustracji. Tak się niestety nie stało i każdą ze ścieżek należy rozpoczynać trzy razy od samego początku, aby zebrać wszystkie cg, które to...

Prezentują się fenomenalnie. Ilustracji jest bardzo dużo, zaczynając od podobizn postaci, kończąc na bezsensownych zdjęciach kotów wrzucanych na czat. Niektórzy bohaterowie mają więcej obrazków od innych (rekordzista Zen ma 44, gdzie Jaehee 21), jednak nie jest to dyskryminacja twórców, a celowe działanie obrazujące preferencje bohaterów (np. Zen uwielbia selfie).

Wszystkie postaci mają swoich voice actorów, których głosy usłyszymy podczas rozmów telefonicznych i momentów VN. VA zrobili kawał dobrej roboty (szczególnie pan wcielający się w Unknowna - cóż za występ!!), jednakże edytorzy trochę zepsuli ich pracę, nie regulując odpowiednio głośności. I tak np. głos Sevena jest bardzo cichy, a Unknowna i kobiecych postaci bardzo donośne. W wielu momentach niestety samemu trzeba na bieżąco regulować głośność, aby czerpać maksimum zabawy z rozgrywki.

Mimo bardzo dobrej lokalizacji, niestety nie obyło się bez błędów. Błędy ortograficzne akurat w tej produkcji nie rażą oczu, jako że  gra symuluje czat, na którym, wiadomo, ludziom zdarzają się orty, literówki, itp. Gorzej, gdy pojawiają się błędy logiczne (np. pomylenie dwóch postaci ze sobą), a te niestety nie są wcale rzadkie. Dodatkowo, ze względu na nową dla studia technologię i różnice pomiędzy markami tabletów/smartfonów, mogą pojawić się błędy w działaniu gry, te jednak są na bieżąco wyławiane i naprawiane. Pomoc techniczna Mystic Messengera działa na medal - po zgłoszeniu błędu przez specjalny formularz można zasięgnąć pomocy programistów i wcale nie trzeba długo czekać na odpowiedź.

Mystic Messenger jest darmowy, jednak wysoka jakość produkcji wiąże się z mikropłatnościami. Zapewne niektórych ciekawi, czy grę da się ukończyć bez wydawania grosza. Jest to bardzo trudne, ale możliwe. Wewnątrzgrową walutę zdobywamy wymieniając zdobyte podczas rozgrywki serca (100 serc = 1 klepsydra) lub kupując ją za gotówkę. Klepsydry bardzo sporadycznie dostajemy podczas rozgrywki oraz updatów wydawanych przez twórców w ramach rekompensaty za błędy w grze. Do odblokowania wszystkich opcji  ("deep route" i "after endingi") wymagana jest liczba 320 klepsydr, która to dla niedzielnego gracza będzie nieosiągalna, ale dla wprawnego stratega jak najbardziej możliwa. Najważniejszym punktem jest systematyczna gra, gdyż każdy zgubiony chatroom kosztuje 5 klepsydr, należy zatem zaliczać ich jak najwięcej. Dodatkowym źródłem serduszek jest orbitujące UFO na ekranie głównym - co jakiś czas będzie nam wyrzucać paczki czipsów pełne serc potrzebnych do wymiany na walutę, ukazując przy tym zabawny tekst. Ważne jest również zapraszanie gości, gdyż każdy z nich jednokrotnie obdarza nas klepsydrą. Jeśli nie mamy cierpliwości lub żyłki zbieracza, klepsydry możemy zakupić w sklepiku. Ceny są zadziwiająco uczciwe i za najniższe doładowanie kartą google play (50 zł.) możemy zaopatrzyć się w sporą liczbę wewnątrzgrowej waluty. 

Absolutnie nie należy posiłkować się jakimikolwiek poradnikami na "nielimitowaną ilość klepsydr", i tym podobnymi! Nie dość, że ich prawidłowe działanie jest bardzo wątpliwe, to na dodatek okradamy twórców, którzy na to nie zasłużyli. Wszelkie machlojki nagradzane są banem, także nie ma żadnego sensu się w nie zagłębiać.

Podsumowując, Mystic Messenger jest grą niezwykłą, łamiącą wytarte schematy gatunku i wprowadzającą powiew świeżości w świat gier otome. Ponadto, tytuł sprawił, że rzesza nowych fanów dołączyła do wielbicieli gatunku, pokazując tym samym, iż jest na świecie popyt na tego typu produkcje i opłaca się twórcom inwestować w gry dla dziewczyn Czy dzięki Mystic Messengerowi otrzymamy więcej lokalizacji i świeżych tytułów? Czas pokaże, jednak z MM na tablecie czuję się pewniejsza nadchodzącej przyszłości.


* * *


Szczegóły wydania:
Deweloper/wydawca: Cheritz
Data wydania: 28 czerwiec 2016
Gatunek: otome / visual novel
Platforma: android / ios
Łączna liczba ścieżek: 5
Głosy postaci: tak
Animacje postaci: brak

Do kupienia na:
Wersja cyfrowa: Google play (darmowa / mikropłatności)
Wersja pudełkowa (VIP): Cheritz Market (~ 330 zł . + wysyłka)